LACAN IV

Zanim podejmę się absurdalnego zadania wyjaśnienia sobie i ewentualnym czytelnikom mojego bloga teorii Lacana bez zaznajomienia się z jego tekstami (których nie ma), powrócę jeszcze do biografii portretującej w barwny sposób filozofa – lekarza.

Woody Allen powiedział, że mózg jest jego ulubioną częścią ciała.
Tak i w dzisiejszej chemicznej agresji wobec nie dość sprawnie funkcjonującego organu, powinniśmy się troskać i niepokoić o jego właściwe traktowanie.
Walka Lacana ze stowarzyszeniami psychoanalitycznymi, skostniałymi i nie uwzględniającymi cywilizacyjnych przemian, została wygrana jego odejściem – a raczej wykluczeniem – założeniem własnej szkoły i prowadzeniem własnej praktyki.
Kozetka Lacana, chwalona na stronach biografii ustami tych, którzy ją przechodzili, wyglądała mniej więcej tak:

Położone głęboko w podwórzu mieszkanie pod numerem 5 przy rue de Lille było zarazem gabinetem analityka i jego domem. Lacan spał tu w pięknie urządzonym pokoju, tu również przyjmował gości i pacjentów. Dla tych ostatnich przeznaczone były cztery pomieszczenia. Położona tuż przy drzwiach poczekalnia umeblowana była skromnie: stojak pod kwiaty z malowanej blachy, mahoniowy okrągły stolik, stojak na gazety z lakierowanego na biało drewna, na którym piętrzyły się podarowane przez Georges’a Bernier wspaniałe egzemplarze L’Oeil.
Z poczekalni przechodziło się do pokoju przejściowego, skąd droga wiodła do dwóch innych pokojów: do gabinetu analitycznego z jednej i do biblioteki z drugiej strony, czasem nazywanej też „lochem”. W owym pokoju przejściowym, mającym charakter ziemi niczyjej, w którym Lacan przygotowywał niekiedy seminaria, znajdowały się stosy książek oraz wiele przedmiotów artystycznych zgromadzonych w przeszklonej szafie: kamienna rzeźba przedstawiająca „węzeł”, figurki z terakoty, afrykańskie rzeźby w drewnie, egipskie reliefy, brązy z Dalekiego Wschodu itd. Ścianę nad kominkiem zdobił obraz Andre Massona pt. La Baigneuses a la cascade. Nad marmurowym kominkiem tronowała bajeczna figurka nagrobna z Madagaskaru.
Przez drzwi z prawej strony wchodziło się do biblioteki, służącej jako druga poczekalnia — na szesnastu regałach zgromadzono tu czterysta białych kruków. Pomieszczenie umeblowane małym mahoniowym biurkiem, dwoma szezlongami pokrytymi tapicerką z malinowego aksamitu oraz dwoma fotelami, zdobił drugi obraz Andre Massona pt. Le Joueur de dominos. Do położonego z lewej strony od biblioteki gabinetu można było przejść przez jeszcze jeden pokój przejściowy — prawdziwe miejsce przejścia, otwarte na wszystkie strony.
Apartament Lacana przy rue de Lille najwyraźniej ilustrował jego teorię. Pokoje rozmieszczone były na kształt tetrapodu, a pacjenci przechodzili przez nie w swego rodzaju obrządku podobnym do procedury passe, wreszcie hierarchia pomieszczeń przywodziła też na myśl labiryntową zasadę inicjacji. Każdy pacjent mógł znaleźć tu schronienie odpowiadające powadze swego stanu. Jedni mogli na zasadzie ustępowania miejsca zamykać się w „lochu” i spędzać tam cale godziny, mogli też dołączyć do towarzystwa, inni znów sami mogli wybrać sposób spędzania czasu. W godzinach wielkiego przypływu pacjentów seans u Mistrza trwał kilka minut; kiedy pacjenci nie przybywali tak tłumnie, czas posiedzenia zbliżał się do dziesięciu minut.
Lacan często przyjmował pacjentów tuż po wstaniu z łóżka, ubrany w elegancki szlafrok, na nogach mając czarne pantofle. Po ukończonych w piorunującym tempie seansach znikał, aby się ogolić, ubrać i wyperfumować, czasem prosił Glorię, żeby przycięła mu paznokcie — przy każdym ruchu nożyczek biadolił niczym dziecko. Krawca, pedikiurzystę i fryzjera przyjmował najczęściej w domu, prowadząc terapię. W południe wychodził z domu i szedł do Sylvii na obiad.
Organizując sobie w ten sposób czas i przestrzeń, Lacan zatarł w końcu granice pomiędzy swym życiem zawodowym i prywatnym.

Oczywiście, tak idylliczny obraz lekarza w komforcie luzu i przyjemności życia – co udzielało się pacjentom – był jedną tylko stroną życia francuskiego naukowca, który pozostawił po sobie imponujący dorobek literacki.
Biografka podkreśla uwodzicielski sposób traktowania pacjentów, polegający na zniewoleniu dobrowolnym, a nie lekarskim przymuszaniu pacjentów niezwykle przecież podatnych na manipulacje, słabych i bezradnych.
Jak i teraz, psychiatrzy ubiegłego wieku panicznie bali się zgonów swoich pacjentów. Każde samobójstwo pomniejszało ich wiarygodność. Lacan, dbający o jak największe dochody z uprawianego zawodu, poddawał psychoanalizie pacjentów w wielkiej o nich dbałości, grzeczności z zachowaniem ich swobody i dobrowolności. Przypominało to bardziej sztukę, niż lekarską pomoc. Również adepci, którzy obowiązkowo przed podjęciem zawodu musieli poddawać się psychoanalizie, wyróżniali się na korzyść nie tylko rekomendacją terminowania u Lacana. Lacan był erudytą, doskonałe wykształconym filozofem, a jego teksty są podobno literacko niezwykle piękne.

Mimo francuskich sukcesów, w USA był zupełnie nieznany. Spotkany na ulicy Nowego Jorku Salvador Dali, po czterdziestu latach nie widzenia, umożliwił mu uliczny aplauz i uznanie (przechodnie kłaniali się Dalemu, a Lacan się odkłaniał), którego w Ameryce oczekiwał i nie dopuszczał myśli, że jest inaczej. Przejmująca relacja tego spotkania uświadamia, że korzenie jego twórczej swobody, żywości i nonkonformizmu tkwiły w młodzieńczej fazie francuskiego surrealizmu, kiedy Salvadora Dalego poznał. Przejmujący jest dialog dwóch nieprzeciętnych osobowości porozumiewających się bezbłędnie sobie znanym, tajemniczym kodem.

Cóż, nawet jedyna polska publikacja pism Lacana dostępna w Naszej Wielkiej Bibliotece mojego miasta jest przez właścicielkę sieciowego portalu „Lacan po polsku”, zapewne słusznie, skrytykowana. Pośmiertne boje o niewydaną spuściznę, politykę wydawniczą zięcia Lacana – Jacquesa-Alaina Millera, którego Lacan testamentem upoważnił, szeroko przedstawione w biografii – skutkują polską niedostępnością i testamentowym zastrzeżeniem, komu tłumaczyć go wolno. Pozostaje jedynie podziwiać i zdumiewać się wszystkim, co się na naszych oczach wokół Jacques’a Lacana dzieje.
Sieć pełna jest Lacana.
Ale czy rzeczywiście w tak chwalebnym celu, jaki przyświecał Elisabeth Roudinesco?:

Albowiem i pacjenci się zmienili: ich niezadowolenie jest bardziej widoczne niż kiedyś, a ich pragnienie uzyskania pomocy tym bardziej daje o sobie znać, że przecież codziennie muszą się mierzyć z przemożnymi ideałami sukcesu społecznego, konsensu liberalnego, fanatyzmu, okultyzmu i scjentyzmu. Tacy pacjenci wymagają czegoś więcej niż skansjonu, matemu czy chronometru. Również analitycy stracili punkty zaczepienia, które wcześniejszym pokoleniom pozwalały wybrać tę czy inną technikę, teorię czy szkołę. Ci praktycy i ich pacjenci prawdopodobnie raz jeszcze tchną w odkrycie Freuda nowe życie. Na cześć ich przemilczanej historii napisana została ta książka.

(Tłumaczenie Robert Reszke)

SHADOK

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , | 3 komentarze

LACAN III

Do Heideggera pielgrzymowano po wojnie w Europie tak, jak w Ameryce do Pounda. Trzydzieści lat potem Thomas Bernhard tak napisze o jego przymusowym zesłaniu do Todtnaubergu w Schwarzwaldzie, do chatki w górach, ale to nie wykluczy jego sławy i znaczenia:

Heidegger w swoich sfilcowanych pumpach przed swym zakłamanym kanciastym domem w Todtnauberg utkwił w mej pamięci jak na fotografii, która wszystko zdradza, myśliciel-filister w czarnej szwarcwaldzkiej mycce na głowie, w której pichcono wciąż na nowo niemiecką głupotę.

(…)

Pielgrzymowali do Heideggera przede wszystkim ci, którzy mylili filozofię ze sztuką kucharską, ci, którzy filozofię brali za sztukę gotowania, wysmażania i zapiekania, co zresztą absolutnie odpowiada niemieckiemu smakowi. Heidegger utrzymywał w Todtnauberg swój dwór, stawiał siebie na swym szwarcwaldzkim cokole i jak świętą krówkę pozwalał się łaskawie podziwiać gawiedzi.

(…)

Heidegger to drobnomieszczański ciułacz niemieckiej filozofii, który niemieckiej filozofii nałożył swoją kiczowatą szlafmycę, kiczowatą czarną myckę, którą przecież zawsze nosił, wkładał na każdą okazję. Heidegger to niemiecki filozof pantoflowo-szlafmycowy, nic poza tym, nic więcej.

Mimo mało zachęcającej oceny twórczości filozoficznej Karla Jaspersa, Lacan pragnął się też z nim spotkać.
Jaspers nawet bez rewelacyjnych wiadomości o jego faszystowskiej współpracy z gestapo w czasie wojny pisał o jego nikłych zasobach światopoglądowych, natomiast wielkich w umiejętnościach w posługiwaniu się filozoficznymi narzędziami i zalecał wysłanie go na emeryturę bez możliwości akademickich wykładów.

Biografka podkreśla cechy charakterologiczne Lacana, pełne narcystycznej pozy, bezkompromisowo dążącego do uznania społecznego, uruchamiającego wszelkie nadarzające się okazje uzyskania wpływów, gdzie się da i jak się da. Przytacza przykład nieudanej próby uzyskania poparcia Kościoła. Prośby słane do brata – księdza katolickiego o umożliwienie audiencję u papieża, dla rozszerzenia jego technik psychiatrycznych wśród autentycznego zainteresowania „kozetką” księży skończyły się odmową.
Lacan szukał też pomocy w Partii Komunistycznej. Jako zdeklarowany ateista i równoczesny wróg wszelkiego politycznego zniewolenia, nienawidząc wszystkiego, co choćby tylko przypominało faszyzm, nacjonalizm i antysemityzm – wsparcie wielkiego filozofa, nie mało wymiaru jedynie praktycznego.

Pokolenie francuskich intelektualistów, zafascynowane przed wojną heideggerowskim odczytaniem Hegla odrzucające husserlowską fenomenologią, rzuciło się też zachłannie na powojenne teksty Haideggera, który w miarę uzyskiwania pozwolenia na akademickie wykłady, reaktywował pracę naukową błyskotliwymi wykładami o potrzebie powrotu do greckich źródeł i scaleniu zdruzgotanej europejskiej myśli filozoficznej.
Pierwszy Sartre płomiennymi wykładami rozpoczął rehabilitację powojenną Heideggera, niwelując jego nazistowską przeszłość:

To, że to Heidegger, nie znaczy wcale więcej niż wówczas, gdy odkrywamy nasze myślenie w myśli innego.

Ale, odcinając się kategorycznie od obrońców Heideggera i zapewniając w artykułach, że jest kategorycznie po stronie ofiar, Lacan wsparł myśl Heideggera.
Składa hołd Heideggerowi za teorię konfrontacji człowieka z nicością, z byciem „sam na sam”, gdzie ulegają zniszczeniu wszelkie kłamstwa i konwencje. To „nic”, nie jest pustką, w której potrzeba ludzka upatruje kolejną religie kolejnego Boga.
Nic, oznaczało absolutne Nic.

Nic dziwnego, że bezczelnie w czasie delegacji naukowców radzieckich w Paryżu, Lacan obstaje nie tylko przy tezie, że kosmonauci (radzieccy) nie istnieją, ale nawet, że nie istnieje Kosmos.
Lacan uważał też, że nie istniej płeć, a tym bardziej istnienie kobiety jest niemożliwe. Toteż paradoksalne są wszelkie ruchy feministyczne w oparciu o teorie Lacana. (Natomiast przywrócenie istnienia homoseksualisty, którego Freud każdego podejrzanego mężczyznę z tego na kozetce leczył, będzie w następnym odcinku).

W „La Psychanalyse” rozwija heideggerowskie „bycie ku śmierci”.
Tłumacząc mroczną myśl filozofa, przekierowuje ją na inne tory po doświadczeniach lektury Levi-Straussa, czyli prac z zakresu językoznawstwa strukturalnego:

Koniec końców w swej manierze tłumaczenia, Lacan dowodzi swobody i niezależności. Profiluje on tekst w kierunku nauki, sztuki i języka, uprzywilejowując słuchanie kosztem mowy. Dodaje do swego przekładu szczyptę Mallarmego. (Jean Bollack).

Ale nim niszczycielska katharsis odczytania Heideggera odetnie psychiatrię Lacana od sformalizowanej, urzędniczej maniery freudowskich, skostniałych stowarzyszeń świata medycznego, warto przypomnieć słowami biografii, co wydarzyło się w czasie pierwszego spotkania wielkich filozofów:

Jacques Lacan nie pojawił się w Cerisy, ale przez kilka dni gościł w La Prevóte Martina Heideggera oraz jego żonę Elfride, Jeana Beaufreta i Kostasa Axelosa. Z wielkim poświęceniem, choć wstrząśnięta antysemityzmem profesorowej, Sylvia (była Żydówką, przypis mój) przygotowała dla gości śniadanie na modłę niemiecką: postawiła na stole talerz pokrojonej wędliny. Ale ku jej zdumieniu filozof nie tknął ani kęsa. Lacan nie przejmował się ani nazistowskimi sympatiami jego żony, ani zwyczajami żywieniowymi gości z Niemiec — interesował go jedynie dialog z Heideggerem, lecz właśnie dialogu nie mógł nawiązać.

Nie dlatego, że jeden nie znał francuskiego, a drugi niemieckiego.
Heidegger milczał, wożony przez Lcana citroenem do francuskich katedr, milczał, gdy elokwencja Lacana dochodziła do zenitu, a tłumacz nie nadążał z tłumaczeniem w czasie spotkań oficjalnych i publicznych. W milczeniu odesłał książkę Lacana, opiniując ją wtajemniczonym, jako barokową i niezrozumiałą.
Mając lekceważący stosunek do psychiatrii sugerował, że Lacanowi właśnie psychiatra jest potrzebny.

HEIDEGGER

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 5 komentarzy

LACAN II

Elisabeth Roudinesco poświęcając wiele miejsca w biografii Lacana Georgesowi Bataille’owi, robi to nie tylko ze względu na jego młodą żonę Sylvię.
Batalie nie podziwia Lacana, nie czyta i nie aprobuje, natomiast zachęca do publikacji i pracy. Ten jednostronny ruch inspiracji wśród samych sław śmietanki intelektualnej Paryża w przededniu drugiej wojny światowej jest ważny dla Lacana, którego charakter czerpania zewsząd, zdecydowanie i kategoryczność życiowa eskaluje i nawarstwia się w miarę dochodzenia do sławy i bogactwa.
Sylvia Bataille,

...kobieta licząca sobie wówczas dwadzieścia cztery lata, była zachwycającą aktorką. Jej pergaminowo biała cera, specyficzny urok malujący się na twarzy, której zarazem żywe i rozmyte kontury robiły wrażenie, iż wyszły na poły z palety mistrza secesji, na poły spod pędzla impresjonisty; kolory Klimta, formy Seurata. Jej rezolutności mógł się równać jedynie jej pogodny charakter. W czarnym jak węgiel spojrzeniu oczu o żałosnym wyrazie, z których strzelały płomienie bezsilnego buntu, można było dostrzec te wszystkie stygmaty, jakie musiała znosić kobieta lat trzydziestych 20 wieku. Renoir z pewnością myślał o takim buncie, gdy wpadł na pomysł, by powierzyć jej główną rolę „Une partie de campagne”.

Liczne kobiece związki, mieszczańskie ukrywanie przed własnymi dziećmi posiadanie innych dzieci i innych żon nawet po ślubach i rozwodach, nie przeszkadzało Lacanowi stać na stanowisku ochrony patriarchalnej rodziny i starego porządku społecznego, widząc wszelkie zmiany w tej kwestii, jako wielkie zagrożenie dla przyszłości gatunku ludzkiego.
Natomiast Bataliie przed poślubianiem pierwszej żony Sylvi, w trakcie i po rozwodzie, a potem w następnych związkach, konsekwentnie był taki sam:

Idąc za radą doktora Dausse, Bataille udał się do niego, po czym postanowił poddać się analizie. Kilku jego przyjaciół uważało go za „chorego”: Bataille był graczem i alkoholikiem, bywalcem burdeli. Podług świadectwa Michela Leiris kiedyś zdarzyło mu się ryzykować życiem w grze w rosyjską ruletkę.

Mimo, że do końca życia Bataille pił, prowadził nocne życie, brał udział w orgiach lub sam je organizował, życie intelektualne prowadził równie intensywnie. Na łamach „Acephale” ostro potępił siostrę Nietzschego, Elisabeth Forster, fanatyczki fiihrera za wszystkie przekłamania po śmierci brata. Założone pismo miało takie ambicje:

„Jesteśmy żarliwie religijni” — pisał Bataille — „i o tyle, o ile nasze istnienie oznacza potępienie wszystkiego, co dziś cieszy się uznaniem, impuls wewnętrzny domaga się, byśmy byli w tej samej mierze władczy. Naszym przedsięwzięciem jest wojna”. Markiz de Sade i Nietzsche byli symbolicznymi patronami tej wyprawy krzyżowej w poszukiwaniu ofiary – dołączyli do nich także Kierkegaard, Don Juan i Dionizos. Już od pierwszego numeru Pierre Klossowski wykładał karty na stół. W artykule pt. Le monstre pisał: „Gdy już zanegowały nieśmiertelność duszy, postacie Sade’a wysuwają swe kandydatury w zawodach do monstrualności…”. Jako negacja „ja” monstrualność ta afirmowała wszechwładze snu o świadomości, wywłaszczenia władzy, niemożliwość możliwego. Człowiek sadyczny był tu wzorem współczesnego człowieka bez Boga, skazanego na taką ucieczkę z więzienia, na jaką ważył się Akephalos, uciekając od własnej głowy, na jaką ważył się podmiot, wyrywając się z własnego rozumu, by cieszyć się obiektami swego pożądania w ten sposób, że niszczy ich realną obecność. Po tej apologii zrodzonego z konfrontacji freudowskiego życzenia i heglowsko-kojeve’owskiego pożądania^ monstrum w styczniu 1937 roku w drugim numerze „Acephale” poświęconym „Nietzschemu i faszystom” pojawił się hołd oddany Nietzschemu — Klossowski dokonał w tym tekście przeglądu stanu badań nad filozofem. Od końca 19 wieku dzieło Nietzschego zdobywało coraz większą popularność, a w wielu francuskich czasopismach literackich ukazywały się przekłady jego tekstów.

Lacan uczestniczył w pracach grupy skupionej przy piśmie a nawet zebrania odbywały się w jego mieszkaniu. Dla jego późniejszego ponownego odczytania Freuda maiły wpływ teksty Batailla.

Po wybuchu wojny, jak odnotowuje biografka, postawa Lacana nie różniła się niczym:

Zwykły i zarazem niekonformistyczny Francuz: tak miał się zachowywać Jacques Lacan podczas okupacji. „Miał on” — podkreśla Georges Bernier – „poczucie przynależności do elity intelektualnej i przekonanie o wyższości swej inteligencji. A zatem tak się urządził, by wydarzenia, z którymi podług wymogów historii musiał się zmierzyć, w żaden sposób nie popsuły mu życia” (…) …podczas gdy Bataille jako człowiek skrajnej lewicy tak daleko posunął się w swym odrzuceniu nauki, że w imię złożenia w ofierze zachodniej racjonalności chciał poucinać wszystkie myślące głowy. W rezultacie wybuch wojny przeżył jako moment końca historii, w przeciwieństwie do Kojeve’a nie ucieleśniał go jednak dla niego Stalin, lecz Hitler i jego „wojna błyskawiczna”. Stąd wiążący postulat złożenia nikczemności w ofierze, i to nie w formie jakiejkolwiek kolaboracji, lecz na drodze wewnętrznego zwrotu ku czarnej mistyce: symbolem tego przedsięwzięcia miała być Madame Edwarda, ucieleśnienie skurwionej i zhańbionej Francji, wystawiająca na widok publiczny swe łachmany i rany w burdelu przy rue Saint-Denis i uważająca się za Boga.

Bataille

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 6 komentarzy

LACAN I

Portal sieciowy „Lacan po polsku” niestety poza niewielką wzmianką o pojawieniu się po polsku ogromnej, sześćsetstronicowej biografii Elisabeth Roudinesco „Jacques Lacan. Jego życie i myśl” nie dość książkę poleca.

A jest ona właśnie teraz niesłychanie ważna, gdy Agata Bielik- Robson bije na alarm po przeczytaniu wydanej przez ha!art książki Slavoja Žižka „Rewolucja u bram. W.I. Lenin: pisma wybrane z 1917″ jak i całej jego aktywności, tak elektryzującej i ponętnej dla najmłodszego pokolenia polskich intelektualistów.

W spolszczonej dwa lata temu biografii Lacana nazwisko Žižka pojawia się raptem raz jeden, petitem w przypisach i wznoszenie swojej podejrzanej ideologii na plecach sławnego psychiatry jest tym bardziej zdumiewające, że, cytując za rumuńską biografką:

Napiętnowany zarzutami o nieparlamentarne zachowanie i ciągoty nihilistyczne, Lacan przeżywał heroiczne czasy surrealizmu, nie zdradzając bodaj śladu zainteresowania walką w imię jakiegoś ideału wyzwolenia rewolucyjnego. Lacan nigdy nie był komunistą, nigdy nie podpisał najmniejszej nawet ulotki, nigdy nie robił wrażenia, iż wierzy w ideę wolności ludzkiej. A jednak już od samego początku w duchu Rimbauda podążał w swych pismach śladem idei „Ja to inny”. Także renesans filozoficzny, który stał się udziałem Francji lat trzydziestych, w znacznej mierze zadecydował o jego sposobie odczytania Freuda. Lacan brał zatem udział w modernie literacko-teoretycznej swej epoki w sposób doprawdy osobliwy, tak jakby dyskusje te skupiały się na jego dziele, w żaden jednak sposób nie dotyczyły jego poglądów czy stylu życia, podporządkowanych formom zarazem konformistycznym i mieszczańskim, uwzględniającym możliwości finansowe, a także pragnienie oddawania się ciałem i duszą własnym namiętnościom.

Nim w warstwie portretowanego uwodziciela Roudinesco przystąpi do opisu romansu Lacana z żoną Georges’a Bataille’a, po jego wielu podbojach i jednym ojcostwie, nakreśli szeroką panoramę wszystkich uwarunkowań, które złożyły się na taki, a nie inny charakter poszukiwań Lacana w psychiatrii.
Zwróci uwagę na sytuację na francuskich uczelniach, gdzie panował duch stagnacji i skostnienia, a nowe prądy w filozofii opętały trzy nazwiska na H: Hegel, Husserl i Heidegger.
Ale to właśnie Hegel jest najważniejszy.
Hegel jest zakazany w nauczaniu akademickim i najczęściej komentowany. To on uświadamia wraz z Nietzschem wyczerpanie epoki, odejście starego świata.
Kogoś takiego jak ja, mającej niedawno wydaną w nowym tłumaczeniu w twardej okładce „Fenomenologię ducha” Hegla, 650 stron A4, ucieszą zapewne takie słowa w książce w ustach Aleksandra Kożewnikowa (w pisowni francuskiej – Kojeve) kuzyna Wasilija Kandinskiego:

Przeczytałem cztery razy od deski do deski Fenomenologię ducha. Wgryzłem się w to, lecz nie pojąłem ani słowa.

Jest też opisany pierwszy cios zadany Lacanowi przez Freuda, który nie tylko nie pochwalił jego wysłanej mu pospiesznie pracy doktorskiej, ale odesłał bez słowa komentarza.
Jest o kongresowej batalii o czystość myśli Freuda, której ortodoksyjnie broni jego córka Anna. Jest o psychoanalizie dziecięcej, kontrowersji stosowania jej na dwuletnich dzieciach.
I drastyczne opisy przypadków psychiatrycznych, zniekształconych osobowości zbrodniarzy, schizofreników i pierwsze nazwania obsesji:

Obłęd Blanche, kobiety w wieku czterdziestu czterech lat, był natury fabulacyjnej: Jeśli chodzi o jej ciało: uważa, że ma cztery mózgi z zielonym okiem. Stało się to za sprawą jej perfumowanej krwi. Jej podgrzana do wysokiej temperatury skóra staje się metalowa i zahartowana, przyjmuje postać perły i rodzi kamienie szlachetne. Jej genitalia są wyjątkowe, znajduje się tam bowiem pieczęć podobna do kwiatu. Jej mózg jest czterokroć potężniejszy niż inne mózgi, jej jajniki są najodporniejsze. Jako jedyna kobieta na świecie nie musi się upiększać… Chora przyznała się do osobliwych praktyk: z krwi miesiączkowej zwykła gotować sobie zupę: «Piję troszeczkę codziennie, to bardzo krzepiąca strawa». Przybyła na oddział z pojemnikami hermetycznymi: w jednym znajdowały się ekskrementy, w drugim mocz; oba pojemniki zawinięte były w dziwacznie haftowane materiały.

ELISABETH ROUDINESCO

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

BLOGI XXI (choroba dobrej woli)

Schopenhauer ma pewność, że człowiek jest

zły z natury. Gdyby było inaczej, gdybyśmy byli z gruntu uczciwi, wówczas w każdej dyskusji zabiegalibyśmy tylko o osiągnięcie prawdy, bez względu na jej zgodność z naszym wcześniejszym poglądem, czy też poglądem przeciwnika; nie miałyby one znaczenia lub byłyby całkowicie drugoplanowe.

Tak więc biorąc pod uwagę autorytet mędrca, a także pierwotną tezę tego cyklu o pochodzeniu blogów, czyli wyłonieniu się ich z wód nihilizmu, pozostaje jedynie przeanalizować sposób komentowania blogowych wypowiedzi i ich motywacji.

Choroba dobrej woli komentatorów polega na braku jakiejkolwiek ciekawości drugiego człowieka, jego świata i jego poglądów.
Kiedy pragnie zademonstrować swój komentarz, niejednokrotnie, dla uśpienia czujności właściciela bloga, nawet zawiera jakieś pokrętne pochlebstwo. Ortega y Gasset przytacza taki sposób chwalenia w eseju o Velázquezie:

Odtąd aż do śmierci niezliczony legion zazdrośników szturmował sławę Velazqueza. Nie pozwalali oni sobie na ataki gwałtowne, gdyż król ochraniał malarza, którego nie tylko podziwiał, ale też darzył szczerą przyjaźnią. Strategia zawiści polegała na osłabianiu owego rozgłosu. Zastosowano dwie odwieczne metody. Widząc, że każdy portret Velazqueza z jego pierwszego okresu jest lepszy od poprzedniego i pozostawia daleko w tyle wszystkie inne, jakie wtedy powstawały, zawistnicy głoszą, że umie malować tylko portrety. Jest to znany sposób pomniejszenia sławy człowieka utalentowanego. Odwraca się uwagę ludzi od tego, co wspaniale robi, i zwraca na to, czego nie robi, dając do zrozumienia, że nie robi, bo nie umie.

Niestety, są blogi, których nikt nie osłania, a tym bardziej król i jeśli zdarzy się już jakiś dyskutant, wykazuje demonstracyjnie złą wolę.
Machiavelli radzi napaść w komentarzu natychmiast na wstępie, bezczelnie właściciela bloga zrugać, gdyż w przeciwnym razie zostanie się samemu napadniętym.
Oczywiście materia sporu jest absolutnie bez znaczenia, gdyż nikogo nie obchodzi to, o czym się pisze.
Dlatego można dzięki zręczności i biegłości w słowie pisanym podważyć, udowodnić i ośmieszyć właściwie wszystko, zależnie od potrzeby. Nawet przy ewidentnych faktach historycznych czy ustalonych regułach w jakiejś dziedzinie, postmodernistyczna ironia wytrąci z ręki każdy argument.

Metod jest zresztą bez liku. Można zakwestionować albo tezę wątku, albo skutki tej tezy. Oczywiście, najlepiej, godząc się pierwotnie na jedną z tych możliwości na końcu totalnie zakwestionować wszystko.
Na drodze dyskusji, napotkawszy ewidentnie słuszne argumenty – w pokrętny sposób, a w ostateczności wmawiając przeciwnikowi, że źle je sformułował trzeba je bezwzględnie obalić.
Absolutnie nie wolno się godzić na żadne ustępstwa. Nadaje się tutaj metoda lekceważenia, w stylu zdumienia nad mądrością dyskutanta, przerastająca własną percepcję, co od razu sieje w przyglądającym się dyskusji duże wątpliwości, co do autentycznej wiedzy ośmieszonego.

Warto też odnotować sposób podlizywania się argumentami, iść równo eskalując w coraz to bardziej ryzykownych wypowiedziach, by nagłym zwrotem wszystko zakwestionować.
Ta lisia i przebiegła taktyka maskowania może być wzbogacona podmianą znaczeń, które tylko w części znaczą to, co znaczą, a zazwyczaj znaczą zupełnie coś innego.
Jeśli nie ma się za wiele czasu, by sterczeć przy komputerze, najlepiej jak najszybciej doprowadzić dyskutanta do szału, a ten w amoku pozwoli ze sobą zrobić wszystko. Można wtedy szybko podmienić swoje argumenty z argumentami przeciwnika i wmówić mu, że to on obstawał przy tych, które do tej pory zwalczał.
Dla wywołania jeszcze większej złości najlepiej odejść bardzo daleko od przedmiotu sporu, wchodząc na tereny osobiste a nawet intymne, niekoniecznie prawdziwe.
Wszelki blef, pomówienie mile widziane. Warto znać jakiś kompromitujący szczegół z życia napastowanego, by robiąc w pewnym momencie nieznaczną aluzję, pozbawić go wiary w człowieka.

Oczywiście, najlepiej nie dyskutować z osobnikiem próżnym, nadętym pychą, dla którego honor wygranej jest najważniejszy, bez względu jakiej sprawy broni, lub jaką zwalcza.
Ale przecież i ten argument należy do sofistycznych gier zniewolonych znanym zrzędzeniem „a nie mówiłam”…

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 4 komentarze

Wpływ księżyca

Jeśli się jest pod wpływem księżyca, to przecież nic się nie poradzi.
Co taki mały człowiek może, wobec tak dużego wpływu?
Toteż, jak na drugi dzień zobaczyłam, że nie mam portmonetki, a w niej dowodu osobistego, karty bankowej i gotówki równej miesięcznemu przychodowi, wszyscy w domu wiedzieli, że to wyłącznie moja wina.

Nie miałam pojęcia, gdzie znajduje się komisariat, a i tak policjant w słuchawce kazał jechać do tego, któremu podlegał hipermarket, w którym kradzieży dokonano.
Więc pojechałam w noc – nim przeszukałam całe mieszkanie w poszukiwaniu czegoś, czego przecież nie sposób było mi bez mojej wiedzy zabrać – zrobiło się późno. Stary plan miasta kazał jechać przez ulicę Karola Marksa, a komisariat znajdował się na ulicy Zamenhoffa.
Nie wiadomo, czy i tej drugiej nazwy nie zmieniono. Ale bezzębny staruszek w opustoszałej dzielnicy fabrycznej nie znał starych nazw ulic, ani nie poznał już nowych. Kazał jechać do kościoła, a potem w prawo i to okazało się skuteczne.

Trudno wierzyć stróżom porządku publicznego, którzy mieszczą się w obskurnym budynku, gdzie okna, drzwi i kraty pamiętają niemal wszystkie zmieniające się systemy, rządy i ustawy, a nigdy niemyte i niemalowane, wyzbywają się natychmiast swej formalnej strony, stając się jedynie ukaraną egzystencją.
Przekraczając więc próg domowych, drewnianych drzwi i znajdując się w bardzo ludzkiej więziennej sieni, spotkałam familiarny wzrok policjanta, który ciepło przywitał mnie, poznając mój głos z telefonicznej słuchawki.
Przechodząc przez zabezpieczenia i mijając uzbrojonych po zęby chłopaków weszłam na drugie piętro budynku, gdzie spóźniona policjantka, która właśnie przyszła na nocną zmianę wydawała przez telefon komórkowy ostatnie dyspozycje swoim domownikom.
Czekałam więc, aż skończy, wpatrując się w miotającego się w małym pokoiku policjanta wśród sterty urzędowych dokumentów, leżących wszędzie, pokrywających równo nie tylko wszystkie wystające płaszczyzny, ale i ogromną maszynę do kserowania, archaiczny, stary model. W korytarzu stał już wyniesiony z któregoś pokoju wrak chyba jeszcze wcześniejszej wersji kserokopiarki obrośniętej tłustym kurzem, którego inercja instytucji odcięła od śmietnika, a stojąc w kącie, była pewnie od lat niezauważana przez nikogo. Drzwi korytarza oklejone sloganami drukowanymi na samoprzylepnej taśmie ogłaszały, że młodzieży nie powinno się alkoholu sprzedawać, póki nie pokażą dowodu dojrzałości. Więc władza była cały czas niewiarygodna, sprawiała wrażenie, że wymaga intensywnej pomocy z zewnątrz, ale kraty w oknach i czarna, bezksiężycowa noc odcinała budynek od zewnętrzności, stanowiący wyalienowaną całość.

Policjantka położyła obok monitora dwie pajdy chleba owinięte w srebrną folię i małą butelkę coca coli.
Miała trzydzieści lat, co okazało się w czasie podpisywania listy protestacyjnej, którą nagle podsunął jej kolega, wchodząc do pomieszczenia pełen wobec mnie grzeczności i kurtuazji.
– Przepraszam panią – zwrócił się do mnie – zajmę tylko chwilę.
– Podpisz to, słoneczko – i policjantka wpisując swoje dane, ujawniła mnie nudzącej się i czytającej wszystko, co leżało wokół, kim jest. Urodziła się tak jak ja w styczniu i jako osoba spod Znaku Koziorożca, zaczęła wypełniać swoją powinność skrupulatnie i solennie.

– I, co, nie zauważyła pani nic? – Dociekała policjantka, gdy kolega wyszedł, a my zostałyśmy same.
Miała obcisłą, trykotową bluzkę w kolorze zepsutej żółci, ni to ugier, ni przypalona jajecznica i w blasku zwykłej, nisko watowej żarówki wyglądała mimo regularnych rysów i harmonijnej sylwetki chorobowo i niechlujnie, jak młoda żona, która już się nie stara i zawsze chodzi po domowemu. Jesienna pora wprawdzie spowodowała, że miała botki, ale bardziej pasowały tu domowe, przydeptane kapcie.
– No i co, pani zapłaciła w kasie i wyszła, i nikt koło pani się nie kręcił? Więc mogę wpisać, że nikogo pani nie podejrzewa?

Policjantka nie potwierdziła mojego przypuszczenia, że złodziej o dużym kunszcie zawodowym może pracować finezyjnie nie absorbując swoją osobą, ani trudem wykonywanej pracy nikogo z otoczenia.
Istnienie tak wysoko wykwalifikowanych pracowników zostało podważone przez przecież mającą doświadczenie w tej materii policjantkę, co zasiało w mojej duszy przypuszczenie, że nie zostałam przez nikogo okradziona.
– Czy zdaje sobie pani sprawę, że składanie fałszywych zeznań jest karalne? – rzuciła policjantka ni to w formie pytania, ni to informacji, zerkając spod kartki papieru.

Okrągłe pismo młodej, przyjemnej kobiety pokrywało szczelnie już drugą stronę formularza, a długopis, mimo stojącego komputera i nawet najnowszej wersji monitora, był najbardziej ludzkim i przychylnym rejestratorem faktów, które zdumiona wypowiadałam. Te, chwytane na gorąco, natychmiast pojawiały się na kartce policjantki.

I wszystko, co wypowiedziałam tego późnego wieczora w komisariacie nie mogło przecież się wydarzyć naprawdę. W miarę zeznań uświadamiałam sobie, że nieprawdopodobieństwem było pozbawienie mnie portmonetki, której wartość 8 zł policjantka skrupulatnie wpisała w protokół.
Dokument, który wręczyła mi po moim oczekiwaniu w salce do przetrzymywania podejrzanych pozwalający na wszczęcie następnych kroków urzędowych w celu zabliźnienia ran po utracie dokumentu tożsamości był już wydrukowany laserową drukarką i opatrzony licznymi pieczęciami.

Na dworze był wiatr i przeraźliwe zimno, a jedyną jasną plamą była kartka papieru, którą trzymałam w ręce.
W domu powtórnie przeszukałam mieszkanie i portmonetki nie znalazłam.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

VERNE IV

Verne pisze „Zielony promień” grubo po pięćdziesiątce, a w wywiadzie pod koniec życia nie może sobie przypomnieć nawet jej tytułu spośród stu swoich powieści.
Jednak to ta książka przetrwała w niezliczonej liczbie skazanych na zapomnienie zarobkowych produkcji pisarza.

Eric Rohmer w chwili kręcenia filmu będzie o dziesięć lat starszy od pisarza, gdy zdecyduje się na wplecenie cytatu z Verne’a w swój film o tym samym tytule.
Filmowa młoda sekretarka Delphine, jest bardzo podobna do Heleny Campbell z powieści Verne’a. Obie otrzymują wolność od swoich autorów – stwórców.
Rohmer nie tylko scenariuszowo pozwala przez cały film na poszukiwanie miłości życia swojej bohaterce, ale i aktorka sama improwizuje na gorąco wszystkie dialogi i monologi.
Podobnie Verne – opisując tendencyjnie Aristobulusa Ursiclosa – narzeczonego dla pięknej i romantycznej miss Campbell – ani czytelnik, ani stworzona postać nie może przecież się z takim stanem rzeczy pogodzić:

Była to osobistość w wieku około 28 lat. Człowiek ten, zdaje się nigdy nie był młodym, ale też i prawdopodobnie nie będzie też nigdy starym. Widocznie zrodził się w takim roku, w którym człowiek nie zmienia się przez całe życie. Z powierzchowności nie wyglądał ani źle, ani dobrze: z postawy, dość mizernie; jasny blondyn, nosił okulary dla krótkiego wzroku; przy tym miał nos krótki, który nie zdawał się być nosem jego twarzy. Z 300 tysięcy włosów, jaką to ilość wedle ostatnich badań naukowych powinna posiadać każda głowa, nie pozostało mu więcej nad 60.000. Mocny zarost ocieniał podbródek i policzki, co nadawało jego twarzy podobieństwo do małpy. I rzeczywiście gdyby był małpą, byłby małpą w najlepszym gatunku, boć bywają i małpy ludzie, jako przejściowe indywidua w łańcuchu stworzeń utworzonym przez darwinistów, a to dla połączenia królestwa zwierzęcego z człowiekiem.

Nic więc dziwnego, że podsuwani zarówno filmowej sekretarce, jak i powieściowej potomkini arystokratycznego szkockiego rodu partnerzy muszą pójść w odstawkę, musi przyjść nowe, musi wewnętrzne pragnienie zostać przypieczętowane niesłychanie rzadkim zjawiskiem przyrody, czyli pojawieniem się na horyzoncie morza słońca, które przez moment zachodzi na zielono.
Sekretarka spotyka więc w pociągu tego, kogo poszukuje, szkocka dama na wyprawie statkiem wokół szkockich wysp poznaje Oliviera Sinclaira poetę – malarza, który urodą i temperamentem dopełnia jej osobowość. A wszystkiemu patronuje Zielony Promień, na który warto czekać, pragnąc go spotkać i wiedzieć, że jego pojawienie na pewno świadczy o cudownym odnalezieniu się mitycznie poszukujących wzajemnie ludzi.

Powieść Verne’a oprócz platońskich powinowactw naszpikowana jest Szkocją.
To św. Andrzej, apostoł, starszy brat św. Piotra, jeden z pierwszych uczniów Jezusa jest patronem Szkocji. Jego męczeńska śmierć na krzyżu w kształcie litery X (krzyż św. Andrzeja) jest znakiem szkockiej flagi.
Verne w rozmowach bohaterów przechadza się swobodnie po wszystkich niemal sławnych Szkotach – od monarchów (Maria Stuart), poprzez wynalazców (Henry Bell), po postacie literackie Waltera Scotta czy szekspirowskiego Makbeta (Duncan I). Ale są to tylko dydaktyczne powieściowe wypełniacze.

Podobnie u Rohmera wakacyjne spotkania Delphine z nic nie znaczącymi ludźmi tkają filmową rzeczywistość, by móc na niej umiejscowić scenę wspólnego oglądania Zielonego Promienia.
Helena ze swoim malarzem przegapia oczekiwany moment, ale jest to już bez znaczenia. Rzecz dzieje się przecież sto lat wcześniej, kiedy nie trzeba było mieć żadnych dowodów na istnienie Boga, bo był oczywistością.
Religijne filmy Rohmera już nie mają takich ułatwień, a duch świętego Andrzeja staje się niewiarygodny w obliczu tak niesłychanie rzadkich zjawisk przyrody.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 4 komentarze

VERNE III

Herbert R. Lottman, którego biografia Verne’a jest polskiemu czytelnikowi udostępniona, wyraźnie Verne’a nie lubi.
Nic nie wiadomo o lubieniu Verne’a przez Sienkiewicza, Świętochowskiego czy Prusa. Nie poświecili mu ani jednego drukowanego słowa, konsekwentnie milcząc. Współcześni im Gebethner i Wolff drukowali go jak szaleni przy uwielbieniu polskiego czytelnika, nasycanego zresztą niemal natychmiastowymi tłumaczeniami w odcinkach warszawskich i krakowskich gazet w miarę, jak powieści Verne’a we Francji się ukazywały.

Czytając „Michała Strogowa” – odyseję tatarską dziejącą się na Syberii – mamy w niej już kobiety, z którymi tytułowy trzydziestoletni bohater jest uczuciowo związany.
Strogow jadąc z polecenia cara spotyka Nadię, którą się opiekuje, nazywając dla bezpieczeństwa siostrą.
Spotyka też w rodzinnych stronach matkę, Marfę Strogow. Nim młodzi wezmą ślub w kościele, przejdą przez elementy powieści przygodowej: podróż wszelkimi możliwymi środkami po ziemi i wodzie (nawet na krze lodowej), zabicie niedźwiedzia, walka z Tatarami którzy wezmą ich w jasyr. Carskiego kuriera Strogowa oślepią, ale dzięki łzom wylanym podczas biczowania matki, egzekucja publiczna oślepienia gorącym żelazem będzie nieskuteczna za przyczyną zjawiska wytłumaczonego naukowo:

Przypominamy sobie, że w chwili wykonania wyroku Marfa Strogoff wyciągała ręce do syna. Michał spoglądał na nią wzrokiem syna widzącego po raz ostatni. Łzy tłumione dumą zgromadziły się pod powieką, a ulatując w gorącu, wzrok mu ocaliły. Pokład pary utworzony z łez unicestwiał działanie gorąca.

Happy end w postaci ocalałej siatkówki Michała, błony dziewiczej Nadii i skóry Marfy poddanej torturze troskliwie opisanemu przez pisarza tatarskiego knuta, stawia Tatarów w podejrzanej historycznie sytuacji nieudaczników i fuszerów.

Lottman w biografii pisze, że Paryż oszalał na punkcie dzielnego Strogowa i powieść ta zaliczana jest do najlepszych, do dzisiaj zresztą nieustannie ekranizowanych.
Lottman donosi, że Verne miał wredny „analny charakter” (pedant, skąpiec i twardziel). Cierpiał na manię prześladowczą ze strony żydowskiej finansjery, jak i paryskiego światka literackiego ( z Flaubertem nigdy się nie spotkał, mieszkając niedaleko).

Verne jest doceniony w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przez Michela Butora, Georgesa Perec’a Raymonda Queneau’a i Italo Calvino – eksperymentalną Grupę OuLiPo (Warsztat Literatury Potencjalnej) za osiągnięcia stylistyczne. Za prostotę, a zarazem pisarski kunszt i wykwint.

Ja, która tropię przede wszystkim uczuciowość i osobiste w nim podróżowanie, przyłapuję się na magnetycznym fenomenie łączności z czytelnikiem, niemającym chyba nic wspólnego z dzisiejszym serialowym uzależnieniem.
Verne uwielbiał swojego czytelnika, robiąc w jego kierunku wszelkie ukłony i ustępstwa zgodnie z sugestiami wydawcy, a miłość ta była odwzajemniona.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz