Monika Mostowik „Wyrzuty”

Autorka tegoroczne wydanej powieści jest przedstawicielką pisarek pokolenia siedemdziesiąt, toteż najbardziej widoczną w sieciowych portalach literackich i wszelkich dostępnych właśnie temu pokoleniu witrynach czasopism. Nigdy nie przeczytałabym tej powieści bez zwodniczych reklam sieciowych i uniknęła przeżyć autora jedynej negatywnej sieciowej recenzji bloga Krytycznym okiem…, który oskarża pisarkę o stratę dwóch wieczorów na lekturę jej książki.

Powieść jest pisana płynnie i zadowala z pewnością odbiorców tego typu literatury.
Nie różni się niczym w podobnych efektach profesjonalnie zarobkujących scenarzystów serialowych i żal pisarki zawarty w wywiadzie (chyba w „Lampie”), jakoby nie zostaje zagospodarowana w polskim przemyśle filmowym jest jak najbardziej słuszny.

Gorzej jest z pewnie nieliczną, a przecież kłopotliwą, bo wypisującą po sieci rzeczy burzące ustalone już reguły zachowań – rzeszą czytelników, których można przyporządkować do zbioru nabranych.
Nabranych, gdyż Monika Mostowik, o egzystencjalnym image, ubrana na czarno, wprost odnosząca swój wykreowany wizerunek do romantycznego gotyku, figuruje w sieci jako Milena.
Ten kafkowski odnośnik literacki nie przymusza i nie obliguje, jednak myli.
Mylą też główne nagrody konkursów poetyckich przyporządkowujące autorkę do Bóg wie jakich wyżyn sublimacji artystycznej.

A przecież komercji nie trzeba się wstydzić. Udowodniła to Manuela Gretkowska słynnym plakatem wyborczym, na którym pisarka z pewnością widnieje bez gotyckiego ubrania.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 4 komentarze

Ludzie listy piszą…

Niestety, prognoza Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, jakoby skrzynki na listy stawały się jedynie śmietnikami reklam w naszej szerokości geograficznej najprawdopodobniej, jako –  krajowi cywilizacyjnie zapóźnionemu –  nie będzie dana.

Szczególnie czas bożonarodzeniowy i noworoczny mobilizuje do sięgania po ten rodzaj molestacji międzyludzkiej w formie przymusu i zastraszenia.
Korespondenci wybierają środek papierowy, jako bardziej perswazyjny, od sieciowego idąc śladem poetów, którzy resztki pieniędzy, jakie pozostają im po wydaniu na zakup chemicznych środków potrzebnych prowokacji porodu dzieła sztuki (narkotyki, papierosy, alkohole) wydają na realny druk egzemplarzy, którym trzeba na gwałt szukać domu.

Niejednokrotnie sieciowe ułatwienia nie spełniają swoich zadań też z powodu możliwości szybkiego ich usunięcia. Codzienny sprawdzacz internetowej poczty, przyzwyczajony do całorocznych delikatnych nakłaniań kilka razy dziennie, by wreszcie członek przedłużył i kupił tę tańszą viagrę, nagle, jak obuchem w głowę, dostaje serię kilkudziesięciu obrazów olejnych, słanych corocznie (jego najnowsze!) przez plenerowego malarza, lub dowcipy biurowe rozsyłane przez jego żonę. W furii po takiej grudniowej, codziennej dostawie, jednym klawiszem klawiatury likwiduje wszystko nie czytając i nie oglądając, i czuje się jak bożo narodzony.

Gorzej jest z realną skrzynką pocztową. To już nie przelewki, to przecież dokumenty. Wejście przez skrzynkę pocztową do mieszkania, to nie to samo, co przesłanie pocztą elektroniczną sakralnego kiczu z wyduszonym pobożnym, standardowym życzeniem. Tu już są roszczenia, pogróżki i wychów.
Jak się zachować?
Nigdy, a przeżyłam już tyle grudniów, nie znalazłam na to odpowiedzi.
Każda moja reakcja na korespondencję kończyła się i kończy niezadowoleniem moich korespondentów.

Oto właśnie dostałam sześciostronicowy list, którego fragment przytaczam:

(…) Dziękuję Ci za list – widzę, że zupełnie nie potrafisz mnie zrozumieć, ani odczytać moich intencji. Wysyłając Ci opis mojej „przygody matrymonialnej” miałam tylko jeden cel – chciałam Ci dostarczyć rozrywki, bo historyjka była momentami zabawna (pojedyncze zdarzenia – nie ich opis, żeby była jasność). Ten tekst sprowokowały moje siostry, które orzekły, że sprawa była bardzo nietypowa w odniesieniu do mnie (zawsze uważano mnie za osobę stateczną i nieskorą do wygłupów) – i że powinnam ją opisać, bo z czasem zapomnę o szczegółach. Kiedyś to zrobiłam – a teraz niedawno znalazłam ten maszynopis i odbiłam go w 6 egzemplarzach (dla sióstr, dwóch koleżanek z Gdańska – świadków zdarzeń – i siebie) jeden mi został i pomyślałam o Tobie. Okazuje się, że niepotrzebnie – bo Ty to potraktowałaś jako opowiadanie (czyli miniaturę literacką) i zabrałaś się za jego ocenę. To nie było opowiadanie (kiedyś pisałam takowe – o bardziej wzniosłych treściach, nawet patriotyczne w wieku od 6 – 15 lat) – to była taka jakby kartka z pamiętnika. Gdybym to traktowała, jako dzieło literackie godne upowszechnienia, to wysłałabym kserokopie do oceny jakiemuś literatowi – albo przynajmniej do redakcji gazety. Dlatego Twoja uwaga, że zdarzenie nie jest na tyle ciekawe, by zainteresować osoby trzecie, jest po prostu nie na temat – nie ma i nie będzie żadnych osób trzecich poza siostrami i dwiema koleżankami, które chciały mieć ten opis – i one zainteresowane były – a Ty byłaś osobą przypadkową. A zdarzenie, choć nie ma w nim mrożących krew w żyłach momentów – owszem, jest warte wielostronicowego zapisu (krócej nie umiałam) dla mnie i dla sióstr – taki był cel! Nie miałam zamiaru tworzyć na miarę Conrada czy choćby Katarzyny Grocholi. To był malutki, nietypowy dla mnie wycinek studenckiego życia – takie małe wspomnienie ze szczenięcych lat. Tyś to potraktowała niesłychanie serio, nie wiem, dlaczego – jak krytyk literacki. Piszesz, że moja bohaterka jest „szara”(to znaczy ja, – bo wszystko w tym opisie, to moja historia i prawda, łącznie z tym, że zapomniałam nazwisko i imię tego pana, choć pewno powinnam pamiętać).
Na jakiej podstawie tak twierdzisz?
Przecież tam nie ma słowa na temat jej poglądów, osobowości, zainteresowań, przeżyć, przemyśleń (poza faktem studiowania) mogłaby być zarówno geniuszem, jak i kompletnym głąbem, bo treść tego tekstu nie daje żadnych podstaw do jakiejkolwiek oceny jej osoby – poza informacją, że zdecydowała się wziąć udział w takim matrymonialnym żarciku, co oczywiście mądre nie było. Ale czy człowiek nie ma prawa czasem się powygłupiać – zważywszy, że jest młody? Ja i tak byłam od dziecka za bardzo dorosła i serio, co wcale mi życia nie ułatwiło, i w konsekwencji nie wyszło na dobre. Jakoś nie umiesz brać zwykłych rzeczy zwyczajnie – wszędzie doszukujesz się ukrytych podtekstów, niedopowiedzianych intencji, – których nie ma. Czujesz się w prawie oceniać ludzi na podstawie pojedynczych, przypadkowych często spostrzeżeń, i prawie nic ci się nie podoba poza najbliższą rodziną – sama o tym często pisałaś i mówiłaś tu już poruszam nieco inny temat). Doprawdy, trudno mi uwierzyć, abyś będąc na wielu plenerach, obracając się w kręgu znajomych malarzy i ludzi o różnych zawodach nie spotkała ani jednego człowieka godnego Twojej uwagi i Twojej aprobaty – poza może Janeczką. Myślę, że takie negatywne i krytykujące (nie krytyczne – bo to trochę co innego) nastawienie do całego świata nie tylko bardzo utrudnia życie Tobie, ale również ludziom, którzy cie spotykają na swojej drodze. Może dlatego nie umiem tego zrozumieć, że ja staram się w każdym człowieku dostrzec coś dobrego, czy ciekawego. I często to znajduję, czasem po krótszej, czasem po dłuższej znajomości. I nie mogę narzekać na brak przyjaciół – pech tylko w tym, że te najbardziej bliskie mi osoby mieszkają tak daleko (…)

SKALDOWIE

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 5 komentarzy

FOUCAULT III (stan wojenny w Polsce)

Pamiętam, jak cenne były w naszym rzygawicznym stanie balsamiczne wieści z Wolnej Europy o wsparciu Yves Montanda i jego żony Simone Signoret.

Krzysztof Rutkowski w swoich sieciowych zapiskach dokumentuje ten fakt, pomijając znaczenie zaangażowania w polską sprawę Michela Foucault, bez którego do niczego by nie doszło.
Dzisiejsze gorzkie słowa Rutkowskiego pod adresem François Mitterranda, który zachował się tak, jak rząd francuski w roku 1831 – “Francja dla Polaków oczywiście niczego nie uczyni”, mogłyby odnieść się i do Foucault, świadka wydarzeń.
Za działania wbrew zamierzeniom rządu zapłacił podobno nie otrzymaniem stanowiska dyrektora generalnego Bibliothèque nationale.

Na wieść o zamachu stanu w Polsce natychmiast szlachetnie zorganizował spotkania i protesty pisząc petycje skupiające na sprawie polskiej najświetniejszych intelektualistów.

Tak dokumentuje to biograf Eribon:

13 grudnia 1981 roku cały świat ze zdumieniem dowiedział się, że polskie marzenie o wolności legło w gruzach i że generał Jaruzelski w brutalny sposób położył kres trwającej już kilka miesięcy agitacji i ewolucji związku zawodowego Solidarność. Przywódców opozycji internowano, ulice wielkich miast zaczęły patrolować czołgi. To, w jaki sposób na wydarzenie to zareagował francuski minister Spraw Zagranicznych, Claude Cheysson, zaszokowało tych wszystkich, którzy z wielkimi nadziejami przyglądali się początkom procesu demokratyzacji w Warszawie i Gdańsku. Minister oznajmił, że jest to wewnętrzna sprawa Polski i że rząd francuski nie zamierza w to w żaden sposób ingerować. Następnego dnia wcześnie rano zadzwonił u Foucault telefon. Jeszcze nie dochodziła ósma. W słuchawce rozległ się głos Pierre’a Bourdieu, który zadzwonił z propozycją zareagowania na to skandaliczne oświadczenie ministra. Foucault zgodził się z nim, i to bez najmniejszego wahania. Kilka minut później filozof i socjolog pisali przy rue de Vaugirard oświadczenie protestacyjne.

Protest wydrukowany w„La Libération” podpisali: Pierre Bourdieu, profesor w College de France; Patrice Chéreau, reżyser; Marguerite Duras, pisarka; Bernard Kouchner, członek Lekarzy Świata; Michel Foucault, profesor w Collège de France; Claude Mauriac, pisarz; Yves Montand, aktor; Claude Saute, reżyser; Simone Signoret, aktorka. Późniejsze protesty powiększyły się o wiele znaczących nazwisk (Gilles Deleuze).

Nowo wybrany rząd socjalisty Mitterranda oczywiście przeszkadzał francuskim intelektualistom bardzo delikatnie:

W ten sposób dzięki wymianie takowych uprzejmości dokonał się proces zerwania socjalistycznego rządu z kilkoma najwybitniejszymi przedstawicielami francuskiego życia intelektualnego. Mimo to socjaliści, wbrew temu, co zdałyby się sugerować pozory oraz gwałtowność ich reakcji, nie pozostali głusi na wysuwane pod ich adresem zarzuty:, gdy Michel Foucault i Yves Montand wzięli udział w audycji radiowej, do rozgłośni przybył wysłany specjalnie w tym celu z Pałacu Elizejskiego wóz żandarmerii, by odebrać taśmę z magnetofonowym zapisem ich wystąpienia.
Lista wspierających protest przeciwko stanowi wojennemu w Polsce rozpropagowana w telewizji rosła z dnia na dzień, zalew listów, telefonów do mediów był nieprawdopodobny. Marsz protestacyjny na ulicach Paryża liczył ponad 50000 uczestników.
Pochód 22 grudnia przed Operą Paryską zgromadził 2000 ludzi.

Michel Foucault apelował :

Powinniśmy pracować w sposób ciągły i w dłuższej perspektywie. Problem numer jeden to informacja. Nie możemy dopuścić do zdławienia głosu Solidarności. Całą uwagę należy zatem skupić na inicjatywie zmierzającej do oddania do dyspozycji Solidarności agencji prasowej, która codziennie wydawałaby biuletyn informacyjny.

Seweryn Blumsztajn, stojący na czele Polaków we Francji opisywał żarliwe zaangażowanie filozofa w organizacje paryskiej opozycji, oddany swój czas i skuteczność.

To polski historyczny przypadek odsunął Foucault definitywnie od francuskiej lewicy :

Gdy nastawaliście, byśmy zmienili nasz dyskurs, potępiliście nas w imieniu najbardziej oklepanego sloganu. Teraz zaś, jako że od presją rzeczywistości nie byliście w stanie tego znieść, zmieniliście front, prosicie nas, by nie dostarczać wam formy myślenia, która czyni zadość rzeczywistości, lecz aby dać wam do ręki dyskurs, który zamaskuje waszą przemianę. Zło, jak stwierdzono, nie płynie stąd, że intelektualiści przestali być marksistami w chwili, gdy komuniści doszli do władzy — ono się bierze raczej stąd, że wątpliwości, co do waszego przymierza uniemożliwiły wam we właściwym czasie wykonanie wraz z intelektualistami pracy myślenia, która umożliwiłaby wam rządzenie.

I pozwolił na wnikliwe analizy struktury umysłowej partyjnego działacza, zarówno polskiego, jak i we wszystkich jego doświadczeniach totalitarnych państw, w których angażował się po stronie wolnościowego ruchu:

Pojęcie «totalitaryzmu» nie jest wydajną koncepcją. Za pomocą tak topornego narzędzia doprawdy niczego nie można zrozumieć. Tym, co należy poddać analizie, są partie, jest funkcja partii.

fragmenty książki Eribona “Michel Foucault” w tłumaczeniu Jacka Levina

Red Bastards

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | 6 komentarzy

Catherine Breillat „Anatomia piekła” (Anatomie de l’enfer)

Film powstał na podstawie powieści „Pornocratie” tej francuskiej reżyserki, której zamknięte pokazy filmowe zwabiają wielu kinomanów, a oglądanie filmików You Tube dotyczących jej twórczości wymagają specjalnej rejestracji ludzi w stosownym wieku.

„Anatomia piekła” z udziałem przepięknej Amiry Casar i Rocco Siffredi – aktora filmów pornograficznych o zawodowo przystosowanym ciele – jest traktatem filozoficznym na temat miejsca jak zwykle nie bardzo sprecyzowanego, czyli piekła.
Okazuje się, że piekło jest przede wszystkim cielesne, anatomiczne i służy do zadawania cierpień właśnie w tych momentach, które wszystkim wydawały się nirwaną.

Ta przewrotność ma bardzo precyzyjne uzasadnienie i w miarę perswazyjnej akcji konsekwentnie dochodzi do bardzo prawdopodobnych wniosków: seks jest nienawiścią, budzi agresję i pragnienie po konsumpcji partnerki jej unicestwienia, zabicia i tym pozbycia się ponownej fali pożądania.

Akcja filmu jest niezwykle oszczędna, oparta na znanych już schematach („Ostatnie tango w Paryżu”, „Intymność”).
Tym razem kobieta i mężczyzna – który nawet nie zna imienia kochanki – spotykają się w domu na peryferiach miasta, by przeprowadzić czteronocny eksperyment na mężczyźnie, badając jego męską wytrzymałość. Mężczyzna fiksuje, monolog wewnętrzny toczy się w mężczyźnie głosem kobiety, która jest zarówno narratorką jak i prowokatorką, inicjatorką i płatnikiem eksperymentu.
Justyna de Sade’a trzymająca już w ponowoczesności wszystkie odebrane libertynom zabawki ma przewagę feministyczną, również zdaje się i kulturową, mimo, że usiłuje odbywającą się psychodramą dotrzeć do źródeł piekła, a nie kultury.
Płaczący mężczyzna przed i po, w trakcie i nawet, jak odchodzi i przychodzi, czyli permanentnie zapłakany, nie jest specjalnie upokorzony i nie jest ofiarą ani odwetu, ani własnego niesprostania.

Autorka filmu nakręciła współczesny moralitet i tym tropem powinny iść wszystkie po filmie refleksje.
Celowość pozbawienia czaru i gry męsko damskiej brutalizuje tę miedzy nimi przestrzeń w kierunku tzw. nagiej prawdy – dosłownie i w przenośni. Ilustruje to fizjologia, płyny męskie i damskie, które w czasie miłosnej ekstazy nie mieszają się i są zawsze osobne. Zmuszanie partnera do prostej konsumpcji wydzielin ciała nie przemienia niczego w wino, sakralizacja nie następuje, a początkowa teza kochanków, że miłość nie istnieje, staje się najczystszą prawdą. Natomiast w miarę, jak odpadają dotychczasowe domniemania, co do wszystkiego, co prostą prokreacją nie jest, a warte jest jednak zachodu, wyłania się z mroku natury człowieka monstrualne pożądanie, niezagospodarowane i mające jedyne spełnienie w zbrodni.
Reżyserka przemyca kilka sztandarowych haseł o przewadze kobiety nad mężczyzną (jej biologiczna dyspozycyjność, podczas, gdy mężczyzna jest skazany na impuls pożądania, by mógł się płciowo sfinalizować), oraz o stanie kobiety z wdrukowanym oczekiwaniem na miłość, podczas gdy czeka ją jedynie modliszkowa konsumpcja.

Ta chłodna, odarta z sentymentu kobieca wiwisekcja odpowiada może na pytanie, dlaczego mężczyzna nienawidzi kobiety i to intensywne, piekielne uczucie jest jedynym powodem ich współistnienia.
Nie odpowiada natomiast, dlaczego nienawidzą się ludzie bez seksu, bez różnicy płci i wieku.
Ale może nie można o wszystkim mówić na raz…

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 7 komentarzy

BLOGI XXIII (choroba ideologii)

Niestety, sama nazwa już determinuje pewne zachowania blogowe, które z braku możliwości dowiedzenia się, jakie mogą być, chciałyby być, lub niewątpliwie będą chcąc niechcąc, skazuje je na porażkę.
Absolutną nowość obyczajową próbuje się zamieniać na rzeczy znane i odwieczne, wpadając w sidła ideologii.
Biurokracja blogów nie ma granic, gdy ich animator uruchomi wbudowany w siebie bezbłędny mechanizm porządkowania świata.

Porządkowanie może odbywać się na różnych szczeblach : rewolucyjnych, anarchicznych, uczuciowych, edukacyjnych, politycznych, płciowych, religijnych, estetycznych, mistycznych, praktycznych i w wielu jeszcze innych możliwościach.
Tu już nie są problemy duchowości, o których pisałam wcześniej, ale dochodzi do głosu wbudowane w człowieka pożądanie porządku wskutek społecznej tresury. Efektem jest nie tylko daremność nawiązania jakiegokolwiek przymierza z innym blogiem, gdyż indywidualność jest w stanie śmiertelnym, ale i brak powodów autentycznego nim zainteresowania.

Jeśli nie nastąpi tu proces łupiestwa i hodowania, pozostanie jedynie potrzeba niszczenia, czyli wojny.
Wojna blogowa, mająca strukturę prawdziwej historycznej wojny nie posiada już cech wojowania w starym stylu. Blogi są przecież efektem najnowszych czasów. Kafka, który żył na przełomie odchodzenia starego świata i rodzenia się nowego, uchwycił ten niewidzialny proces transformacji: tkwimy już w permanentnej deformacji zniewolenia informacyjnego, edukacyjnego, prestiżowego (dzięki pozorowi łatwej dostępności dawniej kosztownych i czasochłonnych dóbr, mamy tu jedynie efekt pogoni za króliczkiem). Blogi z radosnego i niefrasobliwego wyartykułowywania swoich twórczych potrzeb zamieniają się w obsesyjny przymus chodzenia do sieciowej pracy.
Nie ma to nic wspólnego z narkotycznym uzależnieniem, jedynie jest efektem wcześniejszego zdyscyplinowania i wewnętrznego uformowania. Autentyczne ludzkie zalety zamieniają się w upiorne biurowe pożądanie, gdzie stajemy się niewolnikami nie tylko własnego bloga, ale całej globalnej sieci.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Na zawsze róże

I tylko ważne są te róże: po jednej stronie płatków kolor
zamienia się w żółty róż podszewki. Barwy tej decydowanie
daremnym czyni zamykanie w systemy, klatki gatunkowe.
Róże są same sobie wolą.
Róża cię nigdy nie okłamie.
Ważne są róże, bo nie bolą
(tworzą róż głowę
płatki różowe).

Wtedy, gdy w przyklasztornym cieniu lata, co równolegle mija
oświetla promień zza ogrodzeń, by świat i ciebie scalić w czasie
nieistniejącym, porządkowym, przemija niedościgłość róży –
a w akcie trwania jest niczyja.
Życie wygrywać i tak da się:
określić się da spotkań chwila
(kiedy odurzy
jej czar za duży).

Piękno jest tylko dominantą, i ono jest dowodem w masie
której też nie ma i nie było. A róże kwitną wbrew różnicy.
Czy przyda się znak? Zapach? Nuda? Twego istnienia? Wbrew potrzebie?
Obejdzie się. Żyć też i da się
zachwytem różą. W jego hymnie
ściółki dla róży płatków licznych
(od aksamitu,
do ciał niebytu).

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 3 komentarze

FOUCAULT II

Biografiia Michela Foucault pióra Didiera Eribona (mojego rówieśnika, z którym, mimo innej orientacji seksualnej, co w książce podkreśla, przyjaźnił się do końca, niosąc mu pomoc wraz z żoną lekarką w jego ostatnich chwilach życia), stara się przybliżyć filozofa najintensywniej od strony społecznej.
Toteż niewiele pisze o jego życiu prywatnym, jak i skąpo o twórczości, natomiast tropy idące do osobowości Foucaulta wiodą poprzez chronologię podejmowanych prac, które, oprócz zachwycającej aktywności osobistego angażowania się w ruchy wolnościowe na całym świecie, są zazwyczaj pracami dydaktycznymi na wyższych uczelniach.

Wydawane u Gallimarda – gdyż pragnął wydawać tylko w tym wydawnictwie – niesłychanie trudne książki stawały się bestsellerami, co zdumiewało zarówno autora, jak i wydawcę.
Biograf dokumentuje doniesienia prasowe, że „Słowa i rzeczy” wydane w 1966 roku pojawiły się na plaży… (Do 1990 roku “Les Mots et les choses” sprzedano 110000 egzemplarzy).
Być może, sukcesem tej książki było i to, że idąc myślą Nietzschego i charakteryzując kulturę od szesnastego wieku, dał zadawalającą czytelnika diagnozę, w jakim miejscu jesteśmy, i co się z nami staje i stanie po upadku, czyli śmierci wszystkich osłaniających nas konwencji. Tak więc nie tylko śmierć jest bohaterem książki, ale to, co się w jej miejsce pojawia. Czyli:

Myśl Nietzschego głosi nie tyle śmierć Boga, ile – w bruździe pozostawionej przez tę śmierć i w ścisłym z nią powiązaniu – koniec jego zabójcy; rozbryzg twarzy człowieka w śmiechu i powrót masek.

Patronują jej w kolejności: Artaud, Roussel, Kafka, Bataille i Blanchot.
Od tego momentu zainteresowania filozofa z nauki – medycyny – psychoanalizy i wykładów Lacana, przeniosą się na badanie literatury i malarstwa.
Warto odnotować moment poznania René Magritte’a, który był jednym z tej ogromnej liczby czytelników, którzy książkę zakupili. Pod wpływem lektury malarz napisał do Foucault list z propozycją wyjaśnienia mu słów „ressemblance” i „similitude”.
W wyniku wywiązanej korespondencji i dołączonej do listu reprodukcji obrazu “To nie jest fajka” powstało studium pod takim samym tytułem opublikowane w 1973 roku.

Mimo światowej sławy i uwielbienia studentów (sale wykładowe na obu kontynentach nigdy nie mogły pomieścić wszystkich słuchaczy), Foucault motywował potrzebę pisania jedynie deficytem uczuć i aprobaty.

„Czy pani wie, dlaczego człowiek pisze?” — zapytał kiedyś Francine Pariente, gdy była ona jego asystentką w Clermont-Ferrand.
„Żeby być kochanym”.


fragmenty książki w tłumaczeniu Jacka Levina

C’est Pipe

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | 6 komentarzy

Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Kołysanka dla wisielca”

Zupełnie niezrozumiałe są zarzuty recenzentów trzeciej książki islandzkiego emigranta.
Częstotliwość wydań, ich objętość i tematyka są akurat w wypadku tego twórcy zupełnie nieważnymi zarzutami, albo pochwałami, zależnie, kto o książce pisze.

Klimko – Dobrzaniecki bowiem pisze cały czas tak samo i to samo, a kolejne utwory są ciągami dalszymi wcześniejszych wydań i jak mantra w koło powtarzają zaistniałe już wątki.
Można bardzo dobrze czuć się w tym zawsze odjechanym świecie północy i depresji, a będzie to odjechanie geograficzne, a nie mentalne.

Sposób pisarski, będący specyfiką i osobowością artysty, a nie schematem i samopowieleniem, polega na notatce, na dzienniku, a nie kreacji artystycznej i przetworzeniu. Celne są portrety miejsc, kumpli, środowisk. Artystów uzależnionych nałogiem, bezgranicznie samotnych i wystawionych na kołysanie islandzkiego wygwizdowa, gdzie mieszkańcy nie mają zielonego pojęcia o sztuce, ponieważ, jak to Boro mawia, nie można w pięćdziesiąt lat przeskoczyć z lepianki na salony, z gwałtów na owcach przejść prostą i szybką drogą do wyszukanego seksu…

Z przyjemnością wchodzi się w te światy ludzi żyjących na marginesie, kreślone szarą, miękką kreską codzienności, borykania się z istnieniem, z materią życia stawiającą opór, w utracie energii, mocy życia, w zjawisku jesiennej depresji, na którą mieszańcy północy zapadają i kończą tę udrękę samobójstwami.
Mamy skrzypka, mamy mima, mamy wiolonczelistę, malarza i poetę, a te wszystkie artystyczne aktywności mieszają się i wymieniają.
Mimo, że artyści są profesjonalistami, absolwentami uczelni wyższych, to wszystko rozłazi się w chałturach, w nietrafieniu do odbiorcy, w wylatujących z ręki narzędziach.
Ten rytm twórczości pozornej – jak przytoczona w książce skrzynka na listy, która zawiera tylko śmieci, bo już nikt listów nie pisze, do której się schodzi i opróżnia jak biurowy kosz z papierów – niestety udziela się czytelnikowi. Po ukończeniu lektury pozostaje z tym światem powierzchni, szarości dnia, słoty i ulotnego lata, które swoim pięknem zawsze daje znać, że już mija.
Nie ma w tej prozie ani trzeciego, ani czwartego wymiaru, nie ma tajemnicy, ani obietnicy, że autor uchylił nam tylko jej rąbek, a resztę gromadzi w sobie, jako swój twórczy, potężny kapitał.
Ta proza jest bardziej filmowa niż literacka, złożona z kadrów dobrze zauważonych i wybranych, celnych i komunikatywnych. Nie mają one ambicji oceny świata, ani jego diagnozy, ani prognozy, ani też nie liczą na czytelnicze dopowiedzenie, które niejednokrotnie twórczo pojawia się zadumą między czytelnikiem a pisarzem.

I wątpię, by ten rodzaj pisarstwa, w moim pojęciu skończony i zdefiniowany, miał ewoluować w inne niż jest – regiony.
Cokolwiek Klimko – Dobrzaniecki napisze, czy zmieni miejsce zamieszkania, wiek i otoczenie, będzie profesjonalnie powoływał pisarskie światy, które się będzie bardzo dobrze czytało, ale nic więcej.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 3 komentarze