NIE, NIE, NIE! (Vaya Con Dios – “Nah Neh Nah”)

Mowie, co więzi w gardle szereg
zdań
których spisanie drze papierek
i krtań:
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie!

Istnienie strun, opakowanie
w błyszczącej foli czcze gadanie
na nic:
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie!

Niemych ust mieć nie sposób
śpiew nie zastąpi w gardle głosu,
słuchaj:
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie!

Ulica ciemna, głucha, nie ma kogo posłuchać
pytam:
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie,

Próżne moje wołanie,
już się przenigdy mówiącym nie staniesz:
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,

Nawet kiedy odzywa
się to, co ciągle ukrywasz:
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie!

Trzeba, by się mogło zrodzić
rozwarcie,
noworodka nie obchodzi
więc płacze:
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie!

Ach, tak trudno mówić w głuszy
gdzie kosmiczne słyszą uszy,
więc:
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie, nie
nie, nie, nie!

Vaya Con Dios – Nah Neh Nah

Zaszufladkowano do kategorii 2009, czytam więc jestem, Nie daję ci czytać moich wierszy | 6 komentarzy

KASZTANY JADALNE str. 18

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

TWOJE ISTNIENIE (Frank Sinatra “My way”)

W mych szlakach podobnych
komórkom przetrwania, ruchem
robaczkowym dróg rodnych
ślad myśli okruchem,
krew na stole znaczy,
choć praca kuchenna go wytrze.
Będzie się łajdaczył
sam los mój chytrze.
Gdyż iść, tylko iść,
bez szansy iść i oglądania,
nie da się umrzeć, ani żyć
wczorajszego spełnić zadania.
Każdy ruch i każdy gest
zliczą, zabiorą, zobligują
więcej nie będzie. Jest
tylko mnie tyle.
Wszystko ma koniec. Nieskończenie
skowyt do nieba pnie się dumnie
wnętrze to jedno, a życzeniem
świat, co nie będzie leżeć w trumnie.
Ciężkiej kurtynie głupca
nikt za darmo w akceptacji
nie sprezentuje pierworództwa.
Lekki jest pozór w dekoracji
w starej formy brudzie.
Artyści w ułamku nieba
to tylko są ludzie.
Nie mów: przebacz.
Dalej iść trzeba.
Nie, no nie, nie śmiej
się ze mnie. Ćmie
łatwiej przesypiać dnie bezpiecznie
przemierzyć snem, gdyż ostatecznie
są realniejszym złudzeniem,
niż z tobą wspólne przestrzenie
mieć jak siebie
chociaż uwierz
w moje istnienie,
w moje istnienie,
w twoje istnienie…

tak, twoje istnienie…

Frank Sinatra – My Way

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

KASZTANY JADALNE str. 17

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

KASZTANY JADALNE str. 16

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Alain Corneau „Wszystkie poranki świata”

Film zobaczyłam wczoraj dopełniając umiarkowany zachwyt po lekturze o tym samym tytule, 74 stronicowej małej książeczki, jedynej pozycji tego autora w naszych w miejskich bibliotekach
Zobaczyłam więc film na podstawie prozy Pascala Quignarda powodowana informacją gazetową o wizytowaniu Polski tego modnego pisarza francuskiego. W listopadzie odegra główną rolę w pierwszym dniu Międzynarodowego Festiwalu im. Josepha Conrada, który odbędzie się w Krakowie.
Zobaczyłam film jako dzisiejszy produkt, profesjonalne widowisko skręcone wyśmienicie, z uruchomieniem wszystkich możliwych technicznie i w sumie niesłychanie łatwych do osiągnięcia smaczków estetycznych, których film jest pełen.

Triumfalny pochód Pascala Quignarda rozpropagowanego przez „Literaturę na Świecie”, wydawanego i spolszczonego przez elitarne wydawnictwo gdańskie „słowo/obraz terytoria”, jest w polskiej debacie i walce o najnowszy kształt literatury kartą przetargową. Tacy erudyci jak Krzysztof Rutkowski i Michał Paweł Markowski, których brzydzi hip-hop i wszelkie postmodernistyczne rozluźnienie literackich obyczajów, ruch gender i właściwie wszystkie ruchy zagrażające odwiecznym kanonom sztuki, faworyzują francuskiego pisarza nawet nie w opozycji do podobnego kalibru pisarza na literackiej scenie francuskiej, jakim jest Michel Houellebecq, gdyż aprobata tkwi gdzieś indziej.
To, że kultura francuska od lat boryka się ze swoją przewodnią międzynarodową rolą w sztuce, którą najprawdopodobniej utraciła raz na zawsze, nie jest tematem moich tutaj rozważań, gdyż o tym nie mam zielonego pojęcia. Natomiast polska postawa na kolanach, którą od dłuższego czasu obserwuję czytając internetowe blogi literackie, oraz dyskusje o nim na większych portalach skłania mnie do pewnych wniosków.
Przede wszystkim wygoda siedzenia w wygodnych mieszaniach i na podstawie tylko tego siedzenia sączących się z Internetu mądrości, książek czy innych mediów dostępnych wedle uznania, jest przeszkodą dla osiągnięcia jakiejkolwiek twórczej katharsis, niezbędnej przecież, by coś urodzić się mogło. Coś z krwi i kości, a nie tylko z liter.

I właśnie o tym są „Poranki”. Książka jak i film, zawierają te same, niezmienne potwierdzenia, że może się urodzić. Quignard, opuszczając paryskie lukratywne stanowiska w sektorze kultury, czyli z urzędnika w pewnym momencie przechodzi na stronę swojego śmiertelnego wroga, z którego żyje i na którego żywym ciele żeruje – i sam staje się artystą.
I pisze, pisze, otoczony książkami, pisze!
Sakralizacja cyzelowanych słów Quignarda, które z namaszczeniem, jak wyrocznie podawane są polskiemu, zakompleksionemu czytelnikowi, następuje błyskawicznie. Ktoś, kto rękę podniesie na Quignarda ośmieszy się tylko.
A jednak film najlepiej ujawnia kicz i tandetę tej literatury, gdzie płytkość przesłania i nieprawdopodobne konstrukcje moralne-etyczne doprowadzają do zdumiewających rezultatów. To nie, jak jeszcze dziesięć lat temu Milos Forman w Amadeuszu postulował, ze Salieri be, a Mozart cierpiętnik, szeroka dusza będzie nieśmiertelna. W „Porankach” opozycja fałszywego artysty, który wybiera tę drogę, by nie zostać szewcem, gdyż mizerny talent, jaki otrzymał na to go skazuje, jest przeciwstawiona artyście prawdziwemu, który, wierzymy, gdyż i źródła historyczne to potwierdzają – jest szaleńcem z iskrą bożą, pomazańcem, ale skąpcem dążącym, by to co boskie, co przeleciało przez jego żywot i się ujawniło, ma tam pójść skąd wyszło. Czyli fałszywy artysta pazerny, sprytny wyrywa mu tę boską cząstkę i ocala, czym w prometejski sposób uzyskuje nieśmiertelność jako artysta prawdziwy.
I to właściwie, z tych budowanych scen na wzór malarstwa Chardina można wywnioskować, wśród zawiłości romansu, codziennego życia bohaterów. Nie jest więc tam opozycja – czysta pustelnia i brudny salon, czyli Wersal. Nic nie znaczy w tle Port Royal z majaczącym Pascalem. Nie to, jakimi metodami artysta, de Saint-Colombe uzyskuje swoją wielkość na której żeruje sprytny Marin Marais. Ani miłość córki, która po kobiecemu oddaje wszystko, łącznie z ojcem, swojemu ukochanemu, a ten, brutal, ją bezwzględnie odtrąca nasyciwszy swoją żądzę zawłaszczenia i panoszenia się w przynoszących mu z tego szatańskiego procederu profitów.
Kicz dzisiejszy jest bardzo inteligentny. Nie dlatego, że ów znany aktor Jean-Pierre Marielle grający w „Porankach” wysokiej próby wielkiego artystę, tworzącego elitarną wysoką sztukę, pojawia się w kilka lat po nakręceniu filmu w „Kodzie da Vinci” Ale w tym, że niesie przesłanie moralne.
Quignard, piszący i tworzący wyłącznie z wyszperanych manuskryptów skarbnicy sztuki światowej, postmodernistyczny kompilator, epigon i manierystyczny odtwórca, namaszcza proceder żerowania na cierpieniu, kradzież twórczości tym którzy w socjalnej i socjologicznej nędzy tworzą nie mając szans zaistnieć.
Oni tak chcą! – powie diabelsko Quignard. Oni na własne życzenie swoje skarby zabierają do grobu, gdyż nie chcieli brukać się w nieczystej machinie marketingu! Gdyż nie schodzili w kolaboracje z salonami!
Dwudziesty pierwszy wiek, jak widać prawdziwych talentów nie wyruguje i nie unicestwi, bo czy się w Boga wierzy, czy nie, to te bękarty jak chcą się rodzą, bociek rzuca je gdzie podpadnie. I jak to wszystko ogarnąć, gdy jest Internet? Przysposobić, wykorzystać, trzymać w odosobnieniu, wyizolować?
Najlepiej przywłaszczać co się da, kraść i na festiwalach pokazywać! Wszyscy przecież muszą z czegoś żyć i muszą żyć dobrze, światowo. Wersal w Polsce. Czemu nie?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 4 komentarze

KASZTANY JADALNE str. 15

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 2 komentarze

KASZTANY JADALNE str. 14

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 3 komentarze