W ramach odgradzania się od estetyki potworności, gdy obrzydzenie osiągnęło we mnie swoje apogeum, przestałam wchodzić na wszelkie portale, fora i blogi literackie. Zaczęłam panicznie bać się nawet własnego bloga, odkąd weszłam na blog mojego niemal rówieśnika, Janusza L. Wiśniewskiego.
Mąż zadecydował więc: klin klinem.
Książkę czytałam zaraz, jak została wprowadzona do Sieci, chyba dziesięć lat temu, już wtedy, pamiętam, odchorowałam ją wymiotami i biegunką, więc najprawdopodobniej, mąż miał rację: z pewnością pomoże.
Tylko poprzez wewnętrzną autodestrukcję można przeżyć katharsis i pokonać obrzydzenie.
I znalazł kino, gdzie szła, zapomniana już wszędzie „S@motność w sieci”.
Nasz Multipleks ma 13 klimatyzowanych sal z ergonomicznymi fotelami i ekrany „pływające” firmy Harkness Hall bez ograniczających wizję maskownic. Do kina jedzie się windą i wchodzi po czerwonym dywanie do sali gdzie film, na który się chce pójść, wyświetlą.
Higieniczność chodzenia dzisiaj do kina polega właśnie na czystości boksów, w których widzów się zamyka. System klatek, który wykorzystał już dawno przemysł pornograficzny, jak widać, sprawdza się też doskonale w kinach.
W mojej sali, najmniejszej, na ponad sto widzów zaledwie, były trzy osoby, które natychmiast, nie zwracając uwagi na numery siedzeń i systematyczność w zaludnianiu sali przez kasjerkę, rozprysły się jak najdalej od siebie.
Film mówił o samotności i trzeba go było oglądać samotnie.
Projekcję filmu poprzedził zwiastun filmu „Afonia” Jana Jakuba Kolskiego. To wielkie nadużycie kina polskiego wobec widza, trwające pół godziny, czyli wciśnięcie w niego niemal połowy filmu, którego oglądać nie chciał, jest z pewnością świadomym preparowaniem, upokarzającym wbijaniem go w ergonomiczny fotel, by już nie fikał, nie narzekał i by skruszał.
Ale rozpoczął się wreszcie mój film, wchodził miękko, lisio i delikatnie. Białe literki z małpą rozsypały się na ekranie bezbronne na czarnym tle, jakby wszystko ulegało, wycofywało się i przyczajało.
Potulnie więc, wycieńczona depresją ostatnich dni, oczekująca chociaż od polskiego filmu braku napisów, zaczęłam wysuwać z fotela szyję, wyciągać ją i wchodzić w nastrój romantycznych akordów syntezatora, szeleszczących, papierów z odbitym na nich śladem szminki w kształcie ust i komputerowych, przychylnych człowiekowi, odgłosów.
Film, widać, dla gatunku ludzkiego, pozytywny. Nie sikają, nie siedzą na sedesie. Punkty erogenne, można znaleźć nie tylko w wybielonym na tę okoliczność odbycie, ale, jak widać, na wewnętrznej stronie nadgarstka. Niesamowite! Nawet nie ma tej zielonej bielizny, jak w książce, którą kobieta kupiła na okoliczność rozmów z mężczyzną, którego geny, jak się zorientowała z powierzchownego wywiadu sieciowego, rokują.
Jest albo goła, albo ubrana. Zero perwersji, zero uwodzenia. Tylko czysta miłość.
Wchodziłam po kolei w sceny filmowe wyraźnie zadziwiona.
A więc tak! Jakie to dziecinnie proste! Prawdziwa miłość!
Przecież nie mają pieniędzy z zarobku, to rok 2000, nie da się zarobić tyle pieniędzy w tak krótkim czasie. Englert jest w jakimś domu na planie koła, z basenem, kelnerami. Ale on może grać starego komunistę, który przekształcił fabrykę tym samym sposobem, jak kiedyś ją upaństwowiono. Acha, tak, przekształcenia, prywatyzacja. Ale to małżeństwo? Dochodzą do czterdziestki.
On osiłek, uzależniony widać od seksu, zapładnia bezskutecznie tę anorektyczkę z wyraźną odrazą. Wysłał ją w końcu do Paryża, by mieć wreszcie spokój i luz, widzimy próbki materiału kobiecego na ekranie w postaci prostytutki z Białorusi; to rok 2000, to otwarcie granic na całego. Więc zawozi żonę na lotnisko i ma spokój na jakiś tydzień. I tanio. Jego żonie wystarczy siedzenie w hotelu z widokiem na wieżę Eiffla od strony pokoju i na Sacré Coeur od strony tarasu. Ten biznes prowadzi Polak właśnie dla kobiet z nomenklatury z Polski, które przyjeżdżają tutaj, by dawać się zapłodnić.
Bohaterka niedużo właściwie zainwestowała, siedzi tylko w hotelu, nie wychodzi, nie wydaje, w banku spermy kosztowałoby to chyba krocie: pozyskanie nasienia czterdziesto paroletniego, światowej sławy naukowca. Więc napiera ze wszystkich możliwych stron. Z komputera biurowego, domowego, kawiarenki internetowej, knajpianego i hotelowego.
Musiałam te cudze maile przeczytać, by wiedzieć, co się na ekranie dzieje. Jest to poważna cześć filmu. Widocznie, producenci, by się nie nazywało, że film nakręcony psim swędem, wysyłają bohatera, na którego spermę kobieta zagięła parol, do Nowego Orleanu, by spotkał się tam z Elżbietą Czyżewską. Elżbieta Czyżewska, nie wiadomo, dlaczego, rozmawia z bohaterem po angielsku i on tak właśnie jej odpowiada. A więc – napisy, znowu napisy!
Wymolestowany sieciowo naukowiec, nosiciel bardzo dobrego gatunkowo nasienia, dzięki bardzo dobremu przygotowaniu majlowemu, natychmiast, po przekroczeniu progu hotelowego, wkracza do akcji, czyli robi wszystko to, co kobieta, która chce być zapłodniona, sobie życzy. Siedzi godzinami w fotelu, w kompletnym ubraniu i hipnotyzuje ją miłośnie wzrokiem. Ona leży w pościeli z wtuloną w poduszkę twarzą, pogrążona w swojej fantazji seksualnej, ubrana szczelnie na czarno. Wtedy, zgodnie z ustaloną wcześniej instrukcją mailową rozpoczynają grę wstępną pieszczotą nadgarstków.
Test ciążowy radośnie potwierdził skuteczność całego przedsięwzięcia, ale jak to w filmach tego gatunku: tragedia! Nie wiadomo dlaczego tragedia, ale wszyscy nagle płaczą. Płacze naukowiec, płacze nawet autor książki, Janusz L. Wiśniewski, który ni stąd ni zowąd pojawia się w przebraniu bezdomnego na ekranie, by zapłakać. Płacze bohaterka filmu.
Ale to wszystko tylko tak, dla widza, który czeka przecież na happy end. Nie można opowiedzieć o prawdziwej miłości, bez prawdziwego zakończenia.
Bohaterka w ostatniej scenie, zdoławszy pozałatwiać wszystkie swoje domowe sprawy związane z zepchnięciem ciężaru wychowania swojego potomka na męża, pojawia się nagle na wykładzie naukowca i z tłumu wysyła mu znaki, że pragnie urodzić następne dziecko i być zapłodnioną. Naukowiec odpowiada na odległość twierdząco skinieniem głowy, że tak, że się zgadza. I tak szczęśliwie kończy się film.
Wychodząc, potknęłam się o zapłakaną osobę o niezidentyfikowanym wieku i płci, która chciała mnie ominąć i udać, że mnie tu nie było, ale nawet i to nam się nie udało.
Podniosła więc ze złością wytrąconą zderzeniem parasolkę i nareszcie rozszczepiliśmy się wyjściem z holu.
Po przyjściu do domu stwierdziłam, że przecież podobne sceny już gdzieś widziałam:
Poszukałam na półce. Jest!: „Brudna rapsodia” Otto Basila. No i co, czy nie podobne?
„(…)„Minne” czytała z upodobaniem młodzież Rzeszy; zadaniem pisma było przygotowanie młodych towarzyszy i towarzyszek narodowych krwi niemieckiej do owych wzniosłych celów, które realizowane były później w zamkach zakonnych oraz klasztorach rasowej matki. „Minne” tępiła szczególnie zawzięcie „pozapańską” miłość oraz indywidualny dobór małżonków. Była radykalnym organem propagującym wychów niebieskookiej blond rasy, a jednocześnie, jak mówiono, tubą NARMAT-u, jakkolwiek o zabarwieniu arystokratycznym. Redakcja tego chwytliwie ilustrowanego czasopisma, wydawanego w Berlinie przez byłego oficera politycznego nazwiskiem Hansjórg Fenrewolf Stoffregen, potrafiła znakomicie, pod popularnonaukowym płaszczykiem artykułów rasoznawczych i eugenicznych, drażnić zmysły i otwierać na oścież drzwi nowego rodzaju erotyce, której korzeni należało szukać w przedwojennych obozach pracy dla dziewcząt.
Przedstawiona na zdjęciu — była to barwna reprodukcja o niemal prowokującej ostrości i wierności szczegółów — mniej więcej czterdziestopięcioletnia, smukła, ale o pełnych kształtach kobieta przybrała przepisową agresywną postawę, a jej twarz zaskakiwała fanatycznym wyrazem. Długie, grube warkocze miały barwę pszenicy, ciemnoszare oczy błyszczały zwycięsko, duże brutalne usta o wąskich wargach otwarła w wyraźnie pogardliwym uśmiechu, zęby miały w sobie coś uderzająco zwierzęcego. Podniecające w tej kobiecie było to, że w jej rysach cechy nordyckie i ostyjskie mieszały się ze sobą w niemal karygodny sposób, że na to, co w niej było bohaterskie, nakładała się natura węża. Ubrana była w krótką tunikę kąpielową, która, jako że całkowicie mokra, nie tylko uwydatniała plastycznie wszelkie cielesne detale, ale też w połowie je odsłaniała. Pod cienkim białym płótnem zaznaczały się różowo-brązową barwą sutki pełnych, wysokich piersi. Rozpiętą koszulę luźno tylko przytrzymywała dłońmi, które były szczupłe, choć wcale nie szlachetne. Fotografia oddawała nawet gęsią skórkę na opalonych na brąz, oszronionych morską solą udach, ukazywała każdą kropelkę wody i nawet delikatny meszek, który z wyglądu przypominał cień, nad górną wargą i na ramionach. Napis nad zdjęciem, utrzymany jak zwykle w rezolutnym stylu, głosił: „A to, niemieccy chłopcy i dziewczęta, jest Ulla Frigg von Eyck, niegdyś komendantka obozu koncentracyjnego dla kobiet «Dora», obecnie małżonka obersturmbannfuhrera i inspektora do spraw gospodarczych w oberabschnitt Fulda-Werra Erika Meinolfa von Eycka, na plaży ośrodka wypoczynkowego Leibstandarte SS «Adolf Hitler» w Soczi nad Morzem Czarnym”. Pod spodem zaś: „Strażniczka rasy”.(…)”
fragment przeł. [z niem.] Ryszard Wojnakowski.