WIERSZE WOJENNE ***(c.d.)

Marzenie w marzeniu jest tak oczywiste, jak każda myśl realna zapisana w słowach,
powab to kierunek.
Nawigacja, której szuka człowiek
jest znikoma. Zmazane tropy śnieg wprzęga w wirujące gwiazdy,
złuda świata jest niczym. Tylko twoja ręka
naprawdę się liczy.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

James Cameron „Avatar” (2009)

Baśń tym się różni od fantasy, że zrobiona jest z wyobrażeń rzeczywistości, która żyje w osobnym, wyobrażonym do tego celu świecie. Fantasy, to zasiedlenie świata istniejącego przez jedynie zamianę nazw i kształtów bytów istniejących i wcześniej znanych. Dlatego fantasy zawsze jest upiorna, brudna i chora tak, jak nasze myśli, krążące wokół spraw, od których się nie uwalniamy, nie przechodzimy oczyszczającego katharsis, jedynie ubieramy nowe ciuchy na już wcześniej noszone.

„Avatar” pewnie jest filmem bardzo ważnym i pewnie ilustruje nasze lęki i pobożne życzenia pragnące rozwiązać nierozwiązywalne problemy świata, z którymi wchodzimy w nowe milenium. Jest wypowiedzią totalną, ponieważ utwór oglądany jest w tym samym czasie na całym świecie przez masę ludzi i pod pozorem rozrywki coś ważnego przekazuje.
Już sama możliwość życia kalekiego żołnierza na wózku inwalidzkim w trzymetrowym kocie rasy niebieskiej w czasie jego snu wprowadza widza w zachwyt nad możliwościami podwójnego życia i to lepszego. Jako kot lata na skrzydlatych gadach, uprawia seks z kosmitką i staje się herosem dla dużego plemienia mieszkańców Księżyca Pandora, których ocala od zagłady. Jego sen jest realnym życiem w czasie, gdy żołnierz zasypia i automatycznie budzi w sobie kota. A wszystko to za przyczyną posiadania najwyższej jakości mózgu, który został natychmiast przez naukowców doceniony i wykorzystany i dzięki zaawansowanej technologii i wiedzy urealniający takie marzenie ludzkości. Oczywiście możliwość ta zostaje natychmiast wykorzystana gospodarczo i militarnie, a możliwości jednostki samodecydowania o sobie zostają sprowadzone do zdrady i sprzeniewierzenia się tym, którzy to umożliwiają.
Byłaby ta materializacja marzenia piękna i wzniosła, co zostało wsparte filmowym bogactwem scenografii i pokazaniem świata, którego jeszcze nikt nie oglądał, ale film chce przekazać nie marzenie, a właśnie rzeczywistość. Dlatego, że nie jest baśnią, a jedynie fantasy.

Po synkretycznym zebraniu w scenariuszu wszystkich mitów, rytów religijnych, projekcji s-f z Wellsem i Lemem na czele, dostajemy bardzo niejednorodny opis pewnej nieznanej cywilizacji w kosmosie, do której przybywa ta, którą mniej więcej już znamy, czyli cywilizacja Ziemian. Tubylcy nie chcą się skusić na wykonanie im kilkupasmowych szos i sprzedaż chińskich blue jeansów w zamian za cenne surowce, w które planeta obfituje. Kolonializm nie udaje się, następuje wojna światów, gdzie miłość zwycięża śmierć.
Mimo cudowności najnowszej techniki filmowej, którą film epatuje kusząc wejściem do Raju ciemnej sali filmowej, ludzi interesuje jednak najbardziej, co reżyser chciał powiedzieć i czy film jest jedynie reklamą papierosów, które palą w kosmosie naukowcy z Dr Grace Augustine (Sigourney Weaver) na czele, czy, jak chce Watykan, czymś więcej.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 16 komentarzy

Feliks Falk “Enen”(2009)

Kręconych i obficie nagradzanych filmów polskich, nikt za chwilę już nie będzie pamiętał, mało kto oglądał i słusznie spotka je zapomnienie, pozbawionych już martyrologicznej legendy. A w ich pokrętnych przesłaniach, nikt nie doszuka się prawdy o czasach, o których opowiadają. Nie opatrzone etykietką „półkowników” paradoksalnie resztę żywota spędzą właśnie na półkach, gdzie pokryją się kurzem historii polskiego kina jako NN.

Feliks Falk z rozbrajająca szczerością mówi w wywiadzie, że brak na rynku scenariuszy i musiał sięgnąć po starą sztukę teatralną, którą napisał na zamówienie TVP, ale jej nie wystawiono i on po latach z powodów widocznie tego braku na rynku, musiał ją zekranizować. Wypada więc widzowi zapłakać nad losem heroicznie się troszczących sławnych naszych reżyserów o te scenariusze, o które tak dzisiaj trudno, i moralnie się zadumać nad przewrotnością historii. W czasach, jak pisał Jan Brzechwa, gdy „rodzynków brak na rynku”, scenariusze były, a teraz kiedy rodzynków mamy w sklepach w bród, scenariuszy jest brak.
Uratowany przed – katatonią scenariusz Feliksa Falka, będący podstawą do nakręcenia na filmu, wskrzesza pradzieje polskiej rzeczywistości, kiedy na ulicach pałowano, a hodowani mordercy, wykorzystywani w wielu akcjach politycznych żyją wśród nas.
Ten film, to kolejna próba wzbudzenia współczucia do kata, a nie ofiary i jak widać kino moralnie niepokoi się w dalszym ciągu, by katom krzywda się nie stała, z filmu na film polskiej kinematografii idzie to coraz sprawniej i wszelkie pokrętne stawianie problemu w miarę kłamania staje się coraz bardziej prawdopodobne. Według zasady, im częściej powtarzasz kłamstwa, tym szybciej staną się one prawdą.

Jak czytam recenzje z filmu, nikomu teza filmu nie przeszkadza. Przeszkadza natomiast w filmie peruka aktora Borysa Szyca, która się, jak czytam na forach internetowych, widzom nie podoba. A aktor zagrał swoją trudną rolę bardzo dobrze. Dzisiejszego polskiego Dr House, który leczy pacjenta we własnym mieszkaniu, w swoim obyczajowym nieprawdopodobieństwie, gdzie służba zdrowia w Polsce jest tak sformalizowana i niczego lekarze by nie wykonali ponad obowiązek służbowy bez odpowiedniej zapłaty godna jest podziwu, a nawet pochwały.
Ale wymowy filmu Feliksowi Falkowi podarować nie można, jeśli się pamięta „Wodzireja”, gdzie z całą bezwzględnością w epoce Gierka poddawał krytyce małych lokalnych karierowiczów, którzy niecnymi metodami, wbrew linii Partii i wbrew jakiejkolwiek linii międzyludzkich zachowań próbowali uratować swoje upływające na niczym życie. Tym razem widocznie, w nowej Rzeczpospolitej, w ramach rozładowywania nagromadzonego zawiedzenia po raz kolejny narodu oczekującego bezskutecznie na jakąkolwiek sprawiedliwość i dobrze funkcjonujące Prawo, Feliks Falk znowu przekłuwa ten balon niezadowolenia i problem trywializuje. Kiedyś Falk robił kino moralnego niepokoju, dzisiaj robi kino niemoralnego spokoju.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 11 komentarzy

Edward Pasewicz „Drobne, drobne”

W tom zbioru pół setki swoich wierszy Pasewicz wprowadza krótkim wstępem z Grzegorza Jankowicza mówiącym o tym, że poeta Pasewicz jest „pomiędzy.” Pomiędzy dobrem, a złem, pomiędzy kategoriami, które go nie obowiązują, ponieważ wstąpił na ziemski padół jako obserwator, który o nic nie walczy, ale się jedynie zachwyca: „A wokół nich oszałamiająca rozmaitość świata, od której nie można oderwać ani wzroku, ani języka: drobne, drobne” (Grzegorz Jankowicz).

I w ten sposób mamy już ustawionego czytelnika przez poetę: nie z pozycji równego, ale jako pokazywacza i objaśniacza. Dlatego problemem poezji Pasewicza jest właśnie drobność, która chce być wielkością. Wielu artystów windowało powszechność do uniwersum tak wybitnie, tak wzniośle, że się chowały wszystkie skarby świata, bo bóg artyzmu nadchodził i… „podnieście strop cieśle!” W przykładach malarskich mamy buty Van Gogha, obrazy Chardina, czy według mnie cały Warchol, który pop-art podniósł do rangi klasyki. Już Maria Konopnicka w „Krasnoludkach i sierotce Marysi” pokazuje, jak krasnale ładują na wóz chłopa swoje skarby z mysiej nory, słomę, kurz i okruszki chleba, a chłop Skrobek widzi diamenty i rubiny. Podobny zabieg chce wykonać Edward Pasewicz na czytelniku. On czarodziej, czytelnik chłop Skrobek.
Obraz w czytelniku można wytworzyć jedynie nie podmianą, nie zamianą, ale istotą. Skrobek nie skrobek, jaki czytelnik: czy buc i ciemny, ale wszyscy winni być traktowani jednakowo. Nie dajemy jablonexu, nie udajemy, że podnosimy norwidową kruszynę chleba przez poszanowanie, tylko autentycznie rzucamy im ten chleb. Masz, człowieku, rób se z nim, co uważasz.
I tak robi Pasewicz i robi dobrze, bo daje szczerze, a jak trafi na podobną szczerość u odbiorcy, to jest wygrany.
Jednak źle się dzieje, jeśli poeta drobny chce być poetą silnym i udaje silnego.
Nie chcę tu, jak ktoś w pewnej recenzji sieciowej, napisać, że wiersze z tomu są nierówne. Według mnie tak nie jest. Cały tom odebrałam, jako spójną wypowiedź poetycką polskiego poety pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Reprezentanta tego czasu, artysty, który właśnie pojawił się na horyzoncie, oczekiwanego, ciekawie zobaczonego oraz ciepło przyjętego. Oto on, poeta współczesny nadszedł. I jaki jest?
Jest jak wszystko wokół, jest piękny takim pięknem, jakie go otacza. Nie spadł z nieba, nie jest ani o jotę inny, jest z tych z których się wywodzi, jest z siebie, ponieważ jest z nich.
Pasewicz nie jest konformistą i nie jest też transgresyjny. Klimat umiarkowania, buddyjskiego zatrzymania w jałowości chłodzi płomień poezji tak bardzo, że ona się w czytelniku nie przesuwa, a jedynie stoi.
Nie stoi całe szczęście brudną wodą. Jest raczej wodospadem – ale jedynie wodospadem zatrzymanym w kadrze.

Impas sztuki, w jak się obecnie znajdujemy, nie czyni nas bezradnymi, co świadczy przecież o boomie i rozkwicie fermentu poetyckiego. Poetyki i style prześcigają się w samozachwycie i priorytetach takiej, a nie innej wartości poetyckiej wypowiedzi. Żyjemy w czasach, gdzie mamy wielość równoprawnych estetyk, jednak coś takiego jak fluidy epoki w dalszym ciągu są. I to wypadałoby prześledzić u Pasewicza.
Wiersze w „Drobne, drobne” są spięte tomikiem ze względu na ich budowę i optykę przedstawienia. Mikroświat jednak nie jest poddany mikroskopowym penetracjom, skala się tu nie zmienia. Mentalność drobin świata, molekuł z których świat jest zbudowany, to emocjonalność nie symboliczna, a umowna. Umawiamy się jak kochankowie co do kodu naszego porozumienia. To znaczy to i nic innego, ale tylko, jak się umówimy. Pasewicz próbuje coś takiego właśnie dokonać, co nie jest łatwe, bo wiadomo, czytelnik jest oporny i zazwyczaj nie kocha.
Przyznam się, że podchodząc do trzeciokrotnego czytania tych wierszy chciałam pokochać je, jak żona aptekarza, która za młodu została za niego siłą wydana i już wie, że inny los jej nie czeka. Ale nie jest to też relacja ucznia Bladaczki do Słowackiego. Ponieważ Pasewicz nie jest poetą silnym.

Pasewicz nie jest poetą silnym, ale według mnie, uczciwym. To jest w sumie bardzo dużo, chociaż każdy naród wolałby może nieuczciwość Celine’a, Geneta, Artauda, sprzeniewierzenie Pouna, byleby tylko dostać Piękno i Transgresję, byleby nas ta poezja ciut wysunęła z breji codzienności, w której tkwimy. Jednak uczciwość Paswicza w dzisiejszym nagminnym fałszerstwie poetyckim jest cenna.
Pasewicz mówi o rzeczach, które zna, które wie i których się nie wstydzi. Ból prawdy jego wypowiedzi jest nawet piękny, ale pięknem rezygnacji, czyli nie błyszczącym. Bardziej niewolniczym i ciemnym, niż jasną wolnością człowieka uwolnionego. Pasewicz ilustruje niewolę, jego podmiot liryczny jest niewolnikiem. Wszystko, co pisze na rzecz uwolnienia, to są jedynie przymiarki. Podmiot liryczny nie przedostaje się do świata wolnego, ani myśli o niego walczyć, bo jest z założenia kontemplatorem. Niewolniczość jest u Pasewicza religijna i to już plasuje ją w kręgu konserwatywnym i nieodkrywczym. Pasywność nie została przezwyciężona w nowej formie, jaką stosuje, zwierzając się w wywiadach, że została obrana po przyswojeniu fali amerykańskich poetów propagowanych swego czasu w Polsce na lamach LnŚ. Te częste w polskiej poezji współczesnej zachłyśnięcia są najczęściej skutkiem próby powtórzenia pewnego etapu cywilizacyjnego, przez który polska kultura nie przeszła i chce coś przeskoczyć, a nie przezwyciężyć. Bliskie mi są tutaj obrazki polskiego darkroomu i knajpy „Grzechu warte”, ale w „Grzechu warte” nie rodziła się poezja Pasewicza, a u amerykańskich poetów tak, rodziła się właśnie w knajpach, w nich i z nich. Tak jak teraz nie rodzi się żadna formacja poetycka na gruncie portali sieciowych, wszystko jest osobne, niepoddane wspólnemu duchowi, a rzadko i interesowi pozapoetyckiemu, czyli zwykłej przyjaźni. Polska kultura nie wytworzyła bohemy, klimatu knajpy jak za czasów Haszka, który w knajpach rozprowadzał cały nakład poetyckich tomików, wierszy w których one powstały.
Poezja w „Drobne, drobne” Edwarda Pasewicza to rozdrobnienie tylko materii. Jeśli jest w stanie z tych drobin według innej gnostyckiej teorii scalić się w ducha poezji, to ten nowy golem może wreszcie do nas przemówi ludzkim głosem.
(o poszczególnych utworach będziemy rozmawiać w komentarzach)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 8 komentarzy

nie wzięłam dzisiaj udziału… w zajęciach praktyczno-technicznych IX konkursu na miniaturę literacką

Pogrzeb

*
Jestem samotna i dużo czytam. Niedawno przygarnęłam szczeniaka po przeczytaniu powieści Olgi Tokarczuk i nazwałam go Ohydek Sudecki. Ludzie z niesmakiem oglądają się, gdy przywołuję go na ulicy i dają do zrozumienia różnymi grymasami na twarzy, że ja nie kocham swojego psa, skoro go tak nazwałam. A ja go bardzo kocham i próbuję wszelkim skromnymi sposobami pozyskać dla niego jak najsmakowitsze jedzenie.
W tym celu co jakiś czas udaję się do restauracji osiedlowej „Ananas”, by zjeść pełny, wysokokaloryczny obiad i przynieść Ohydkowi mięso, którego nie jadam.
Nie jest łatwo przedrzeć się do gości wracających z pogrzebu i wejść do przytulnej restauracji „Ananas” i jak gdyby nigdy nic, zasiąść za stołem, powierzyć się bezszelestnym ruchom kelnerki, która zachodząc od tyłu siedzącego przy nakrytym obrusem stole miękkim ruchem ustawia przed siedzącym parujący talerz. Miałam niestety kilka nieprzyjemnych wpadek, o których wolałabym tutaj, ze zwykłej powściągliwości uczuć, nie pisać. Ale one właśnie one nauczyły mnie wszelkiej ostrożności. Używam teraz wielu forteli i strojów zgromadzonych w mieszkaniu, peruk i kolekcji okularów, szminek, torebek i wiązanek kwiatów pogrzebowych, które ze spaceru z psem przynoszę do domu i odrestaurowuję. Często prasuję wstążki żelazkiem, wymazuję acetonem imię zmarłego i wpisuję nowe.
Dzięki Ohydkowi, który penetruje wszystkie dziury osiedlowe i przyległego cmentarza, przeprowadzam wywiadowczą rozmowę z kopiącymi groby, a ci z nudów dowiadują się, kto będzie chowany. Dotyczy to grobów tzw. dwukomorowych, które od pewnego czasu, czyli pamiętnej wpadki, biorę tylko pod uwagę, gdyż wcześniej mogę się zorientować, czy rodzina nieboszczyka przybyła z bezpiecznej odległości od mojego osiedla, na którym jestem rozpoznawalna.

**
Barwna klepsydra wisząca od wczoraj na bramie wejściowej do cmentarza była zafoliowana, obiecywała więc swoją lepszością wykwintny obiad w „Ananasie”. Zmarła, jak przeczytałam na klepsydrze miała osiemdziesiąt lat, miała imię arystokratyczne Tekla i gminne nazwisko, ale z domu.. no, z domu też gminnie.
Tekla, Tekla, powtarzałam sobie półgłosem, by oswoić, a nawet pokochać tę postać w sobie. Opłacało się ze wszech miar, gdyż rozkopany, czekający otwór grobu był blisko kaplicy, w którym leżała już jej matka, a więc zmarła, była osobą opiekującą się nie mężem, ale krewnymi ze strony matki, co obiecywało bogatych krewnych.
Brnęłam w śniegu schodami do kaplicy cmentarnej ubrana bogato w ciężkie futro z karakułów, noszone jeszcze przez moją matkę, w moherowym berecie i taszczyłam ogromny bukiet szkarłatnych serc z długimi, żółtymi nosami i przyozdobiony paprotkowymi pędami z mojej doniczki oraz szarfą, gdzie wykaligrafowałam: ukochanej przyjaciółce Tekli.
Nim dotarłam do kaplicy, kątem oka zaobserwowałam, jak od pobliskiego gospodarstwa ogrodniczego, które na miejscu wykonuje wszystkie cmentarne usługi roślinne wychodzą elegancko ubrani ludzie i taszczą bukiety z białych kalii, róż i lilii. Zacierałam już w mózgu rączki wiedząc, że chowają babcię i że babcia miała wyjątkowo obfity i bogaty przychówek złożony z ludzi bogatych.

Ścianę ołtarzową kaplicy powierzył nieopatrznie kilka lat temu proboszcz naszej parafii malarzowi zbierającemu wszystkie nagrody klubu przykopalnianego malarzy amatorów, myśląc, że ten dar pobożnego parafianina składany szczerze ze swojego talentu i kilkumiesięcznego ślęczenia na rusztowaniu przyniesie parafii chwałę i zaoszczędzi kościołowi wypłaty honorarium. Efektem tego zdawało, się korzystnego interesu, był nieudolnie namalowany pastisz Sądu Ostatecznego Kaplicy Sykstyńskiej z przewagą motywu piekła.
Od tego momentu wygodna do oddawania ostatniej posługi wiernym kaplica była użytkowana niechętnie i celebracja odchodzenia bliskich odbywała się w pobliskim kościele. Ze względu na ten przerażający malunek, w którym malarz zawarł wszystko, co wie o tym, co czeka każdego po śmierci kto grzeszył za życia, kaplica była miejscem jedynie dla najwytrwalszych i najbardziej zahartowanych psychicznie wiernych.
Pogrzeb, na który trafiłam i który odbywał się w kaplicy, wskazywał na kompletne niezorientowanie krewnych, co ich tu czeka i którzy w dobrej wierze zamówili mszę właśnie tutaj nie sprawdzając miejsca i nigdy tutaj nie będąc. Toteż już od wejścia malowidło promieniowało silnie i naznaczało wszystko, co się wydarzy w ciągu tych kilkudziesięciu minut dla przybyłej masy żałobników.
Najprawdopodobniej byłam jedyną osobą, która przyszła z własnej woli i z chęci zysku. Wszyscy pozostali, jak usłyszałam z szeptów, przyjezdni z odległych miejsc Polski wytracali swoje życie w osłupieniu wodząc niezrozumiałym wzrokiem po ścianie malowanej wyszukanymi odcieniami odchodów ludzkich i zwierzęcych, z przewagą sadzy i smoły.
Na środku stała odkryta trumna, gdzie leżała szczupła, silnie umalowana Tekla. Otaczał ją wianek rozpaczających kobiet. Wnuczka, która, jak się dowiedziałam od stojącej obok kobiety, mieszkająca z nią do końca, klęcząc u wezgłowia zanosiła się rozdzierającym szlochem. Wszyscy miarowo odmawiali Zdrowaś Mario, a wchodzących do kaplicy wciąż przybywało.
Gdy zamilkł dźwięk skrzypiec wysyłanych z umieszczonej w rogu kaplicy torby na kółkach, wszedł kościelny, pytając, ilu zgromadzonych przystąpi do Sakramentu. Las rąk uczynił liczenie trudnym, ale nie niemożliwym. Przedłużyło to wprawdzie ceremonię, ale wejście kapłana ogłoszone dźwiękami organów uporządkowało chwilowy zamęt. Wszyscy chętni, którzy jak dzieci prześcigają się w chęci dania odpowiedzi nauczycielce na łatwe pytanie wychodzą z ławek, tak teraz do nich posłusznie powrócili.
Zgromadzeni, ubrani w kożuchy, kapelusze i toczki wydawali mi się na pierwszy rzut oka bogatymi i sytymi ludźmi sukcesu i udanego życia. Siwa głowa seniora rodu błyszczała wśród tłumu. Jak się dowiedziałam od sąsiadki, należała do brata Tekli. Był starszy od siostry, siedział ze swoją starą żoną, matką ich trójki dzieci, szczelnie skupionych wokół ich ławki wraz ze swoimi rodzinami. Należeli do klanu silnie religijnego i sławnego w mieście, gdzie ich potomkowie zajmowali wszystkie możliwe funkcje w radach parafialnych, a i równocześnie w Urzędzie Miejskim. Kremowy kożuszek brata Tekli z baranicą na głowie nawiązywał stylem do lat jego dojrzałości, ale zrobiony był już z tworzywa sztucznego i kamuflował martwotę tej twarzy ze wszech miar nie zainteresowanej odbywającą się właśnie religijną ceremonią. Obok siedziała jego żona w czarnym toczku ubranym na prosto od fryzjera wyfarbowane blond włosy, na nosie miała modne, prostokątne okulary w firmowych oprawkach i wpatrywała się w ołtarz w niezmiennym grymasie głębokiej troski i niesłychanego zainteresowania mszą.
Prawa strona ławek nawy kaplicy zasiedlona przez rodzinę brata zmarłej przeciwstawiona była uboższej prawej, skąd zmarła się wywodziła i ta właśnie organizowała pochówek. W pierwszej ławce siedziała roztrzęsiona i rozmazana wnuczka z jeszcze ponętną, równie zapłakaną matką w brązowym prawdziwym futrze. Siedziały ze swoimi otyłymi mężami, zmęczonymi i powściągliwymi w wyrazie, nieobecnymi, krążącymi wokół jakiś przyjemniejszych spraw przywołanych po to, by przyspieszyć upływ czasu. Ale czas jakby stał w miejscu. Kapłan w swojej fioletowej szacie na tle upiornego malowidła poruszał się jak w smole robiąc wysiłki, by imitować brak ministrantów i udać, że wszystko, co podaje mu kościelny to taki sam gest jak z rąk małych pomagierów, którzy dani są mu jedynie w kościele.
Wreszcie dobrnął do momentu, kiedy umilkły organy i wolno powiedzieć kilka słów o zmarłej i równocześnie napomnieć wiernych, że bez tej ostatniej przysługi, którą właśnie jej oddają, nie ma sensu życie ludzkie. Że jak ich krewna idzie do nieba, maszerują z nią jej wszyscy krewni.
Jednak zimowe, sobotnie przedpołudnie pierwszego tygodnia karnawału nie przysposobiło księdza do gładkiego słowotoku i łagodnej perswazji. Już samego imienia Tekla nie mógł zapamiętać i z początku nie wiedział, czy ma mówić siostro, czy bracie, nie kojarzyło mu się ono z niczym znajomym, a nikt nie podsunął mu w porę kartki, która rozjaśniłaby mu wiedzę, kim była zmarła i co w ciągu tych osiemdziesięciu lat zrobiła. Omiótł więc spłoszonym wzrokiem ławki, zatrzymał wzrok na rozmazanej wnuczce i jakby znalazł w niej ratunek, skierował swoją homilię na uczucia. Odnalazł w Tekli kobietę spełnioną w kuchni i stojącą na posterunku ochrony rodzinnego gniazda.
Wreszcie przystąpiono do sakramentu komunii świętej i długi korowód dochodzących do stojącego na środku kapłana trzymającego kielich zamknął pojawienie się niecierpliwie zaglądających do kaplicy czterech mężczyzn w białych rękawiczkach.
Organy wybuchły ostatnim zrywem i jakimś triumfem, że udało się wszystko wreszcie zakończyć i kategorycznie zamilkły. Młody organista, który przysypiał w czasie przerw, teraz szybko wyłączył elektryczny piecyk i pospiesznie i bezszelestnie zamykał i zabezpieczał swój instrument szykując się do wyjścia.
Torba ze skrzypcami odezwała się cienkim jak nóż dźwiękiem, przecięła kaplicę dając do zrozumienia, że nadchodzi następny etap ceremonii: że można upiorną i klaustrofobiczną kaplicę opuścić.
Ksiądz już wkładał podany mu przez kościelnego czarny, długi płaszcz i kwadratową czapkę. Pospiesznie skierował kroki ku wyjściu, a za jego plecami czterech mężczyzn w białych rękawiczkach zarzuciło trumnę na ramiona. Wnuczka wydała z siebie kolejną porcję spazmów, a towarzysząca jej matka cicho zawtórowała. Wszyscy rzucili się do wieńców i wiązanek. Zespołowe i ciężkie ozdoby wieńców z nawtykanym świerkiem, białymi, sztucznymi goździkami i szarfami, od kogo i za co, niosły wątłe kobiety walcząc z ciężarem długich zimowych płaszczy i wplątującymi się wstążkami w zimowe botki. Podawano sobie lżejsze bukiety ponad głowami i spadające liście egzotycznych roślin smyrgały nosy, burzyły fryzury i strącały czapki. Wreszcie uzbrojony tak pochód wypływający z kaplicy uformował się w cienki korowód i podążył za samochodem, który, ujechawszy kilka metrów stanął przed ścieżką wiodącą do jamy rozkopanego grobu.
I gdy łopatą każdy z zapłakanych krewnych wrzucił kawały zamrożonej gliny, a chłopaki w białych rękawiczkach prowizorycznie zakrywali jamę wieńcami i kwiatami, by oszczędzić spazmującym żałobnikom przykrego widoku, zgromadzeni uformowali dwie kolejki: do syna i do córki zmarłej. Zgromadzeni rozpadli się więc na dwa sznurki, przeskakując groby i brnąc w zaspach i przystępując z kondolencjami to do jednego, to do drugiego sznurka i to oznaczało niechybny koniec ceremonii pogrzebowej. Zbliżała się pora obiadowa.

***
Szłam już swobodnie, bez kwiatów, prosto do restauracji „Ananas” podchodząc po drodze to do jednej, to do drugiej grupy tych, którzy nie weszli do swoich nadmiarowych luksusowych samochodów zaparkowanych przed cmentarzem, by te dwadzieścia metrów przejechać, objeżdżając całe osiedle z powodu drogi jednokierunkowej. Szłam więc z młodzieżą, która opowiadała o uczestnikach ceremonii, dowiadując się tym sposobem kto kim jest.
Brnąc w śniegu dotarliśmy do znanej z obsługi wszystkich rodzinnych imprez restauracji „Ananas”, która latem prowadziła skutecznie ogródek piwny zwany mordownią, ponieważ osiedle zasiedlone jest wyburzeniowcami z domków fińskich, którym bliskie są stare nazwy i stare potrzeby.
Restauracja „Ananas” mieści się w baraku najtaniej jak tylko się da zbudowanym, długim w kształcie długiego bunkra mieszczącego obszerną salę z szatnią i dwoma toaletami. W rogu postawiono sztuczną choinkę i baloniki sylwestrowe, co dało klimat wielofunkcyjny i wieloznaczny, mającemu się tu wydarzyć bankietowi.
Ponieważ żałobnicy dojeżdżający samochodami jeszcze nie dotarli, mogłam wybrać już zorientowana, osobę, obok której usiądę, by nie zostać zdemaskowaną i w spokoju spożyć posiłek. Padło na drugą synową przyjaciółki Tekli, która została wydelegowana na pogrzeb w miejsce tej pierwszej, cierpiącej już na niedowład kończyn dolnych. Niestety ta pięćdziesięcioletnia blondynka o pancernych piersiach i brzydkich okularach, dyskretnie wypytana, wiedziała o Tekli jeszcze mniej niż wiedziałam ja.
Już jednak nie było czasu na zmianę, wkraczał orszak seniora rodu, brata Tekli, otoczony trójką swoich siwiejących i łysiejących dzieci, z których najstarsza córka wychowała sześcioro własnych, a jej siostra pięcioro. Najmłodszy brat miał tylko czworo i przybyli tutaj bez dzieci, ponieważ mnożyły się nieustannie gdzieś w świecie, najstarsza właśnie przy wejściu odejmując komórkę od ucha radośnie obświeciła: właśnie urodziła mi się wnuczka!
Siadano według pokrewieństwa i ważności, dominując klanowo rodziną brata Tekli rodzinę Tekli z którą mieszkała, czyli jej syna i córki, anektując niezauważalnie wszystko, co należało do tych, którzy zasiedli za stołem naprzeciwko.
Gdy pomodlono się i zaczęto z dużych waz nalewać rosół, wstał syn seniora rodu i poprosił o ciszę. Wszyscy posłusznie odłożyli z żalem łyżki, a ja zdążyłam podsłuchać szepty, że mowę wygłosi nie kto inny, tylko poeta, który drukował nawet w „Tygodniu Powszechnym” swoje wiersze.
Uspokoiwszy wzrokiem niezdyscyplinowaną młodzież mówił:
– Ciocia Tekla, to był wspaniały człowiek, który o nas nigdy nie mówiła inaczej, jak Jureczku, Leszeczku, Anutko. Nigdzie nie podróżowała, myśmy wyjeżdżali, ona pozostawała w domu jak prawdziwa, szlachetna kobieta, opiekująca się do śmierci naszą niedołężną babcią i mająca zawsze czas i dla nas, i ciepłe słowa…
Przemawiający zrobił pauzę, by zobaczyć jakie zrobił wrażenie. Podobnie jak ksiądz, niewiele wiedział o zmarłej ciotce i badał pauzą, czy nie został zdemaskowany. Szukał w tych wpatrzonych w niego twarzach, próbujących rozpaczliwie chociażby wzrokiem gorący w dalszym ciągu jeszcze rosół i widocznie to zauważył, więc z sadystyczną teraz nową energia kontynuował dalej:
– Ciocia Tekla – Teklcia – zawiesił głos, trochę niepewny, czy aby tak można to imię zdrabniać, sam zawstydzony jego dziwacznym brzmieniem – kochała nas bardzo. Ciągle dowiadywała się o nasze zdrowie, pytała no i co tam u ciebie Leszczeczku? Co u ciebie Jureczku? Co u ciebie Aniutko? Była głęboko religijną osoba i wiedziała, że cierpienie ludzkie jest podstawą naszego życia i że bez cierpienia Pan Bóg nie pobłogosławi naszego żywota. Wierzyła, że nigdy nas nie opuści i że będzie, nawet po śmierci wśród nas. Jej gorąca wiara sprawiła, że jej życzenie się spełniło. Wiem z całą pewnością, że nasza najukochańsza cioteczka jest wśród nas teraz i że z nami pozostanie i nigdy nas nie opuści.
Tu nastąpił obszerny teologiczny wykład o wstąpieniu zmarłych do nieba i dziejach duszy ludzkiej, w którym to temacie prelegent poruszał się błyskawicznie, gładko i skutecznie. Toteż ku uldze nas wszystkich dobrnął do końca swojej mowy i w nobliwym milczeniu pogrążyliśmy się w rosole. Szczęk łyżek i kładzionych na podstawki dwuusznych filiżanek ustał i kelnerka zaczęła wnosić dymiące talerze z regionalnym daniem niedzielnym. Były to gumiklejzy, zraz zawijany i modra kapusta.
I wtedy nagle wstał mały tęgi człowieczek, którego wcześniej już widziałam w tłumie żałobników w dziwnej czapce uszatce i powiedział, że skoro padły tu tak ważne słowa o śmierci i zmartwychwstaniu, to on musi uzupełnić i rzecz wyjaśnić.
-Otóż – rozpoczął – jeśli mówimy tutaj o śmierci i zmartwychwstaniu, należy dodać, że „na to rzekł wąż do kobiety: Na pewno nie umrzecie” (Rdz 3,4 – BW). Do dzisiaj kłamstwo Szatana przetrwało.
Po tych słowach zawiesił głos, dając zgromadzonym czas na przemyślenie tej kwestii, różniącej się przecież tak bardzo od wcześniejszej wypowiedzi i zaprzeczającej automatycznie, że nasza ukochana Tekla nie tylko nie przebywa wśród nas, ale i nigdy przebywała nie będzie. Ale zgromadzeni z wyrazem twarzy absolutnej nieobecności czekali z niecierpliwością na ciąg dalszy wypowiedzi, grzecznie dając się jej zakończyć, by przystąpić do stygnących, ale w dalszym ciągu uśmiechających się do nich klusek śląskich.
Ale natychmiast doskoczył z drugiego końca stołu mąż córki brata Tekli, przykucnął przy niskim mężczyźnie i zaczął mu gniewnie coś pośpiesznie perswadować. Świadek Jehowy z zawieszonym rozpoczętym drugim zdaniem mającym ewidentnie dowieźć, że nie ma już Tekli na amen i już nie będzie, martwo i ciężko usiadł. Wszyscy milcząco przystąpili do jedzenia drugiego dania.
Zdołałam namówić sąsiadkę, synową przyjaciółki Tekli, by nie jadła swojego zrazu zawijanego i szybko, by się nie rozmyśliła, pochopnie z grzeczności godząc się na to, schowałam go do torebki wraz z moim zrazem. Moją łzawą opowieść o psie rasy sudeckiej nazwanym Ohydkiem potraktowała jako inspirację dobroci i wstała, tuszując tym nieprzyjemną ciszę powstałą po utrąceniu mowy Świadka Jehowy.
– Moja teściowa pracowała z nieodżałowaną przyjaciółką Teklą w bibliotece. Były powiernicami wszystkich zwierzeń przychodzących tam czytelników, prowadziły, jak żartowały, taką poradnię przybiblioteczną i ludzie przychodzili bardziej, by się poradzić niż pożyczyć. Była wspaniałym, dobrym człowiekiem. Jestem tu w zastępstwie mamy, jestem synową – poprawiła się – bardzo chciała przybyć, ale nie była w stanie.
I zakończywszy swoją krótką wypowiedź, zdenerwowana swoim publicznym występem, ciężko opadła na krzesło.
Po sali przebiegł grzecznościowy szmer przytakujący, że tak, była wspaniałym człowiekiem. Właśnie wnoszono szarlotkę i kelnerka pytała nieustanie, czy podać kawę, czy herbatę, co wprowadziło dodatkowe zamieszanie w ustalony z góry jak się okazało, priorytetowy cel spotkania.
Celem tym było udowodnienie, że Tekla, mimo gminnych nazwisk, panieńskiego i po mężu, ma korzenie arystokratyczne. W tym celu wstał mąż najstarszej córki, w którym rozpoznałam gazetowe wizerunki naszego miejskiego notabla z zarządu miasta, przyprószonego już siwizną i rozpoczął bardzo skomplikowaną i nie dającą się powtórzyć opowieść, jak to przypadkowo jego córka, doktorantka uniwersytetu dowiedziała się od swojego profesora, że są skoligaceni. Prelegent wyciągnął zdjęcie czarnobiałe odbite współcześnie z jakiegoś bardzo zamazanego wizerunku dwóch mężczyzn z dwojgiem dzieci i kobiet w powstańczych krynolinach. Nie wypadało nam nic innego, jak w kolejce ustawić się, by tę rzecz oglądać. Z każdym podejściem wskazywano palcem miecz i kądziel i udowadniano drobiazgowo, że korzenie Tekli nie są bez znaczenia, a ich szlachectwo niepodważalne.
Wtedy to, już pod pretekstem troski o dobro Tekli, otwarto klimat i przyzwolenie na oglądanie czyhających i czekających niecierpliwie albumów rodzinnych, związanych jedynie z klanem rodziny brata. Zdjęcia powoli zapełniały biesiadny stół, robiąc tym familiarną atmosferę i wsysając w nią zupełnie niezorientowanych pozostałych uczestników uroczystości.
W drzwiach wejściowych pokazał się mąż wnuczki z niemowlęciem na ręce, które przyniósł jej do karmienia. Mimo, że nikt tego dziecka nie oglądał wcześniej, a było ono największą i ostatnią miłością Tekli, która z nim mieszkała, nie zwrócono na nie uwagi. Pogrążeni byli w swoich zdjęciach i sprawach rodzinach, gdzie jedno słowo uruchamia natychmiast związane z tym anegdoty i nie podnieśli nawet głów.
Wnuczka nakarmiła chłopca skupiając niewielkie grono sąsiadujących z nią kobiet podziwiaczek przepisowo tiutiających do niemowlęcia, które żarłocznie rzuciło się na ogromną pierś wnuczki Tekli.
Czas kurczył się i kończył. Zaczęto wkładać płaszcze i ogólnie się żegnać.
Korzystając z zamieszania wymknęłam się niepostrzeżenie, niosąc w torebce Ohydkowi dwa ogromne zrazy zawijane nitką, w których wnętrzu jest jeszcze słonina.

Zajęcia praktyczno-techniczne to konkurs na miniaturę literacką (krótkie opowiadanie) organizowany przez Spółdzielnię Literacką i redakcję kwartalnika literackiego “Korespondencja z ojcem”.Konkurs jest na żywo, to znaczy spotykamy się o ustalonej godzinie w ustalonym miejscu i piszemy krótką formę prozatorską na zadany przez prowadzącego temat. Temat zostanie podany tuż przed rozpoczęciem konkursu.Czas pisania: 45 minut (godzina lekcyjna).

Startujący w konkursie zostaną wyposażeni w piszący długopis i dwie kartki – jedna przeznaczona do pisania na czysto, druga jako brudnopis.

Po zakończeniu konkursu jury w składzie kolegium redaktorskiego “Korespondencji z ojcem” udaje się na obrady i po czasie niezbędnym na podjęcie decyzji – podejmuje decyzję.

Nagroda główna: 326 pln.

20 stycznia (środa), godz. 19:00.

Spółdzielnia Literacka
Ul. Króla Jana Kazimierza 2, Sopot
(wejście od ul. 3-go Maja)

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | 7 komentarzy

“CUBA” str. 45

046

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 5 komentarzy

Jacek Dukaj “Wroniec”

Dotychczas jeszcze nie spotkałam w Sieci tak jednoznacznie pozytywnych wypowiedzi, jak o ostatniej książce Jacka Dukaja. Z trudem więc, jak wołający na puszczy piszę o „Wrońcu”, książce według mnie ze wszech miar szkodliwej i nie posiadającej żadnych z przypisywanych jej zalet.
Ponieważ książka jest skatalogowana w dziale dla dorosłych w bibliotekach, przeznaczona jest dla odbiorcy pełnoletniego, ale takiego, kto miał w czasie opisywanych w niej historycznych wydarzeń tyle lat, ile dał Dukaj bohaterowi powieści, poprzez którego osobowość oglądamy stan wojenny. Automatycznie więc następuje niepojęta infantylizacja rzeczy dla dziecka niezrozumiałych.

Chwalebny zamysł pozbycia się koturnowego, patriotycznego patrzenia na naszą historię spowodował, że postmodernizm uzdrawiający Polaka z jego histerycznego stosunku do własnego narodu – co przynosiło podobno same klęski – zaowocował taką właśnie samowolką, którą w tej chwili zachwycają się wszyscy ważni krytycy, cmokając z zadowolenia i podziwu.

Jacek Dukaj z dumą opowiada w wywiadach, że pisząc „Wrońca” nie inspirował się żadnymi faktami historycznymi, ani nie czerpał z żadnych źródłowych tekstów o stanie wojennym. To tak, jakby „Folwark zwierzęcy” Orwell napisał bez wiedzy, co się dzieje w ZSRR i tylko chciał opisać, jakby zachowały się zwierzęta poddane pewnemu eksperymentowi i czerpał wiedzę o rezultacie wyłącznie z wyobraźni.
I taka właśnie jest różnica między tymi utworami – zakazany w PRL-u „Folwark” i czytany na powielaczowych odbitkach, dawał ludziom nadzieję na zrozumienie czasów, w których przyszło im żyć. Polecany w dzisiejszej Polsce „Wroniec” (czytam, że wejdzie do programu nauczania przedmiotu „Wychowanie Obywatelskie” w szkołach) daje teraz nadzieję tym, którzy już te czasy przeżyli i próbują je dokumentnie zamazać i skryć prawdę najgłębiej, jak tylko się da. Dzieło Jacka Dukaja jest idealnym dla tego zakłamania przyzwoleniem.

„Wroniec” nie jest pisany ani językiem pięknym, jak zapewniają recenzenci, ani oryginalnym, ani jak chce Dariusz Nowacki, specjalnie posługującym się kliszami i stereotypem. „Wroniec” jest napisany szczerze i jak wyda, czyli nieudolnie, bez wdzięku „Alicji w krainie czarów”, do której cytatem otwierającym książkę nawiązuje. Jest napisany według sposobu „napisałem, co wiedziałem”. Ta ciężka, toporna proza, polegająca nie wiadomo dlaczego na namolnej zamianie słów z Zomo, na Momo, ubek na Bubek, czy milicjanci na Milpanci, to nie mająca związku ani z humorem, ani z rzeczywistą potrzebą kamuflażu. Robota ta, nie jest sama w sobie słoworóbstwem dla przemycania szyfrów w celu zmylenia cenzury. Cenzury nie ma, jest natomiast chór przyklaskiwaczy i cokolwiek cudowne dziecko zwane Dukaj napisze, natychmiast zaliczy się go do geniuszy.

Siedmioletni powieściowy Adaś wchodzi w świat – jak piszą recenzenci – baśni. Nie jest to baśń, a zwykła realistyczna opowieść polegająca jedynie na zamianie obiegowych powiedzeń na temat stanu wojennego, które obficie w gazetach pojawiają się rok rocznie na łamach różnych gazet w okolicach 13 grudnia, w suche dziwactwa. To adasiowe oglądanie nie wnosi niczego nowego. Ale oczywiście, dla recenzentów to „nic” jest właśnie wartością. Pozbawienie wszelkich osobistych doznań, wszelkiego ludzkiego świadectwa.
Jeśli polski pisarz jako dziecko przeżył stan wojenny i niczego nie pamięta, nie musi przecież na warsztat brać akurat tych wydarzeń. Przecież stan wojenny trwał wystarczająco długo i Jacek Dukaj mógł opisać równie ciekawą dekadę późniejszą poprzez wspomnienia chłopca, który już coś pamięta.
Ale nie, czytelniku, twoje niedoczekanie!
Polski pisarz, jak złośliwy kobold z Nowej Fantastyki będzie uporczywie pisał właśnie o tym, o czym nie ma zielonego pojęcia, będzie wciskał swoje fabuły czytelnikowi jako rewelacje, rzeczy do bólu ograne i wytarte jak stare wyślizgane spodnie nie prane i cuchnące.

Taki jest „Wroniec”: chodź, opowiem ci bajkę, bajka będzie krótka i brzydka. WRON, to przecież nie incydent, to nie najazd jak w „Żółtej łodzi podwodnej” z Beatlesami na krainę szczęśliwości i odebranie dzieciom dobranocki, którą mogły oglądać wcześniej. To przecież coś, co się wydarzyło na czymś nierozwiązanym i to coś tylko pokazało jak to się rozwiązywało.
Natomiast Dukaj demagogicznie wprowadza w swoją baśń jakieś ciemne siły zewnętrzne, odtwarza strukturę klasycznej baśni, operującej przecież nie konkretami, a archetypami. Po co to wszystko, czemu służy, do czego zmierza – nie wiadomo.

Coraz częściej prawa rządzące literacką fabułą fantastyczną zaczynają rządzić jej tworzeniem.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 8 komentarzy

nie biorę udziału w: ZLOTNISKO 2010 DK “Południe” – Dom Kultury w Katowicach 16 stycznia o17.00 – TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA wierszem:

ZABICIE PORFIRII

And yet God has not said a word!
Robert Browning ” Porphyria’s Lover”

Rany boskie, boskie rany
zamilknięto i milczące
umierały. Umieramy,
nie dajemy w żarnach mące
się wysypać bez młynarzy
pomielonych w żarnach krwawych!
Rany boskie, oto nędza!
Tak się zdarza od zarania,
że męczeństwo tylko w rzęsach
snu grabarza, co kochania
cud na zwłokach poprzysięgał,
wcześniej żarł je, tak jak rdza:
żarł kochanki krwawe tkanki,
wciskał się w mózgowe zwoje,
wampirycznie ssąc poranki
landrynkowe. W soków słoje
łapy wsadzał, rwał firanki
schowków ciała. Był jak wampir,
był chorobą na chorobę,
spalał się i ją też spalał.
Odejdź, odejdź, odejdź, odejdź,
a ten dystans malał, malał,
był pomiędzy JEŚĆ, a głodem,
miedzy trumną a porodem.
Rany boskie, rany boga
że tak modliszkowo bywa:
trupy je się. To typowa
uczta (zawsze nieuczciwa),
gdzie się sprasza i się noga
nie powija. A nie mija

błysk nadziei, że też sprzyja.
W tym uśpieniu i w rozkoszy
powierzenia i ufania,
landrynkowy świat się rosił
śliny kroplą i odsłaniał,
jak w soczewce ognia stosik
co podpala większe stosy.
Zjedz mnie, jedz mnie, znikam w tobie,
nie trwa, nie ma i nie było,
po to wymyślono spowiedź,
by się nie szerzyła miłość,
powiedz, powiedz, powiedz, powiedz,
ukryj w rzęsach, ukryj w mowie.
Powiedz. Brakiem jest milczenie
paplaniny w zdrowej mowie,
to namiastka grot, gdzie cienie
znaczą więcej, niż choroba
co kochanków toczy wrednie,
zamykając oczy we dnie.
Rany boskie, bóg jest ranny
i są to śmiertelne rany,
kochankowie, to zbiór tajnych
aberracji nakłamanych,
dramat, to jeszcze nie posąg,
dyszą wieści, duszą włosy,
zabijają ciała inne,
ciała obce, w obcym ciele,
czyń zły losie swą powinność,
zabij mnie, zabij Porfirię,
wbijaj wiernie głupie ciernie.

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | 2 komentarze