Nobel 2015 Swietłana Aleksijewicz „Krzyk Czarnobyla” (1997)

Książki Swietłany Aleksijewicz czyta się szybko, łatwo i nieprzyjemnie, a przy tak skondensowanym nieszczęściu, jaką jest katastrofa atomowa, czytelnik nie może liczyć na choćby odrobinę optymizmu.
Reportaże o żołnierzach wojen sowieckich były przynajmniej przetykane ludzkimi marzeniami o ekscytujących przeżyciach typu: na wojence jest tak ładnie, kiedy żołnierz z konia spadnie, zabawie chłopięcej ołowianymi żołnierzykami i hej, przygodo. Tutaj ludzkość jest hiobowo skazana na śmiercionośny żywioł rozpętany tak naprawdę nie wiadomo przez kogo i za co.
Kwiecień 1986 jest dostatecznie młody w europejskiej pamięci. Wieści o eksplozji elektrowni jądrowej na Ukrainie każdy musiał pozyskiwać na własną rękę, gdyż elektrownia jak uczeń, który coś zbroił, udawała, że nic się nie stało.
I pewnie władza sowiecka nigdy nie ujawniłaby katastrofy, gdyby nie państwa Europy, które zdiagnozowały radykalny wzrost promieniowania w powietrzu i wszczęły alarm. W Polsce zarządzono osłonowe picie preparatu jodu (Lugola) kilka dni za późno, kiedy wszyscy zdążyli wchłonąć nie wiedzieć jaką dawkę promieniowania, zwłaszcza dzieci, które z uwagi na piękną pogodę przebywały cały tydzień na podwórku.
Mieliśmy na 1 maja zaproszenie na „konspiracyjny” bankiet do Krakowa do studentek, gdzie niedawno spała u nich na podłodze pani Henelowa, legenda „Tygodnika Powszechnego” i właściwie cały dzień jadąc pociągiem, a potem tramwajem do Nowej Huty przebywaliśmy na tym pięknym majowym powietrzu. Tam gwoździem naszych knowań okazał się płyn Lugola, który posłusznie wypiliśmy zupełnie niepotrzebne.
Teraz czytam, że Profesor Zbigniew Jaworski, mający pod opieką ogromne zapasy płynu Lugola przygotowanego na przeczuwaną wojnę jądrową, dowiedział się o katastrofie 26 kwietnia 1986 że „o godzinie 1 minut 23 i 58 sekund seria wybuchów naruszyła reaktor w budynku czwartego energobloku czarnobylskiej AES” późnym popołudniem w swoim gabinecie w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej (CLOR) w Warszawie z radia BBC. Rano przyszedł teleks ze stacji pomiarowej w Mikołajkach potwierdzający te doniesienia.
Dzisiaj Profesor – o czym czytam na stronach sieciowych – uważa, że katastrofa nie wpłynęła ujemnie na mieszkańców Europy, a wręcz przeciwnie (!), że niepotrzebnie przesiedlano ludność białoruską i ukraińską w obrębie 30 km od elektrowni. Że doznali szwanku na zdrowiu, czyli zmarło jedynie tych kilkudziesięciu pracowników usypujących sarkofag i dokonywujących tam prac porządkowych.
Swietłana Aleksijewicz całe szczęście nie wikła się w podobne domniemania. Ale, jak wierzyć Aleksijewicz, skoro we wszystkich swoich książkach oddaje głos amatorom, ludziom nieprofesjonalnym, zabierającym się do opowiadania o rzeczach, na których się nie znają?
Wczoraj przeczytałam eseje Dubravki Ugrešić „Kultura karaoke”, która rozbrajająco diagnozuje świat internetu: to przecież stado dyletantów wypowiada się na blogach, forach gazetowych i portalach, tworzy o zgrozo Wikipedię, ośmiela się oceniać poezję, sztukę, wypowiadać się na tematy, na których nie ma prawa się znać. Ugrešić pod koniec swojego wywodu jednak przekonuje się do wielorakiego, zdrowszego, niż dotychczasowej władzy – ekspertów zbiorowego głosu, który dzięki zdobyczom technologicznym jest słyszalny i weryfikowalny na całej kuli ziemskiej. Dzięki temu może np. wywody Profesora Dariusza Ratajczaka z Opola, kwestionującego użycie w obozach śmierci przez hitlerowców cyklonu B – może śmiało zakwestionować nawet dyletant i hobbista, pasjonat badań historycznych.
Aleksijewicz się nie wikła w spory i diagnozy radzieckich utytułowanych naukowców, nie rozważa, co było wtedy słuszne, a co nie. Krzyk Czarnobyla nie jest krzykiem przeciwko budowie elektrowni jądrowych. Krzyczy tam bowiem głównie 70 zasypanych raz na zawsze wsi, na innych opustoszałych pozostawione głodne zwierzęta domowe o apokaliptycznym wyglądzie, nie zebrane plony, starzy ludzie, który nie chcą ich opuścić i jak bumerang wracają, niewidzialne zagrożenie nic nie mówi oprócz bezpośrednio zadanej im krzywdy.
Krzyk Czarnobyla to przede wszystkim milczenie mediów kontrolowanych przez partię, pod pozorem nie wywoływania paniki, a przede wszystkim z powodów propagandowych katastrofę taiły tak długo, jak się dało, czym ogrom strat jeszcze powiększało. Ofiarą tego haniebnego milczenia padały bezbronne dzieci mogące na czas największego napromieniowania po prostu nie wychodzić z domu. Padali przymuszeni do obchodów pierwszomajowych obywatele Ukrainy i Białorusi i pobliskich krajów zabierający dzieci na prazdniki i festyny pierwszomajowe, wyścigi kolarskie i maratony.
Swietłana oddaje głos matkom, którym w szpitalu umierają dzieci, córki ronią ciąże, noworodki rodzą się kalekie. Dzisiaj naukowcy stwierdzają, że są to zwyczajne przypadki chorób zdarzających się bez względu na promieniowanie, ot, zwyczajna kolej losu, a wykrywalne teraz dzięki bardziej precyzyjnej diagnostyce. Jednak lekarze tego nie potwierdzają, chociaż niektórzy cedują to na karb dokładniejszej statystyki.
Barwność opisów tragedii naszkicowanej przez Aleksijewicz nie ma nic wspólnego z estetyką czy kolekcjonowaniem adekwatnych do tematyki obrazków. Autorka przeprowadziła setki rozmów z mieszkańcami, przesiedleńcami, odwiedzała kilkakrotnie elektrownię. Narracja książki ugina się od ciężaru i wielości zebranego materiału, tak gorącego, tak ogromnego, że czuje się czytając rozsadzanie jej ram, jakby wszystko żyło jeszcze poza nią, a my otrzymujemy przelotnie uchwycony przez autorkę jedynie przypadkowy fragment.
Trudno nie wczuć się w stan przesiedlanych uchodźców ze wsi białoruskich, od których na nowych miejscach odsuwano się, a w szkołach bojkotowano dzieci, które „świecą”. Trudno nie wczuć się w to, co przeżywały matki żołnierzy kierowanych przymusowo do prac przy przesiedleniach lub bezpośrednio przy elektrowni. A nad tym wszystkim wszechobecna sowiecka urzędniczość, mająca najmniej w swojej uwadze zwykłą cierpiącą ludność zamieszkałą po obu stronach granicy dwóch republik.
Autorka może nawet nie pisze jak było, bo nie chodzi o to, by przysłowiowo dać świadectwo prawdzie. Oddając głos poszkodowanym – zazwyczaj i tak przecież biednym ludziom – unaocznia skalę strat, nigdy niepowetowanej ludzkich ofiar o wiele większych, niż ofiary drugiej wojny światowej. Niewidzialny wróg – promieniowanie – wnikało zdradziecko, a jego działanie wystarczyło jedynie uświadomić.
I książka Aleksijewicz jest też o tym. O braku komunikacji między Państwem, a Narodem, o zniszczonej raz na zawsze więzi, o braku zaufania nieodzownego w chwilach kataklizmów, kiedy wszystkie instrumenty ratunkowe są w rękach Państwa.

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *