Dziś są moje imieniny

Wężowe są wołania świata. Mienią się wstęgą mobiusową.
Usłyszę je, na zawsze zginę. Ominę, zlekceważę – błoną
międzypalczastą zarośnięta. Oczy pokryje katarakta.
Będę dziewicza. Droga wąska, Karmelem zastrzeżony traktat,

wznosi tajemnie tylko swoich. Jestem nieswoja. Jestem z błota.
Plucie jedynie uaktywnia. Ślepcowi zaczyn oczu wrota
otworzył wśród faryzeuszy. Moja to działka. I niemota.
A słyszeć, to też mieć i uszy. Słowa są po to, by idiota

przyglądał się, jak śmierć swą zużyć. I w konsekwencji zmysły:
wdzięczni, służbowi pracownicy jednej drużyny. Tak, jak z „Wisły”
murem nie lubą innych drużyn. Bratać się będziem? Transgresja? Oj,
ze śmiechu umrę. Po śmierci nic już. W Piekle będzie na zawsze mój

gwałtowny śmiech, tak przeraźliwy, który z korony drzew jabłoni
jabłka postrąca. Na nowy Wszechświat, by w nim pozostali oni.
Pierwsi, co byli przed kusicielem, wężem, językiem szepczącym,
daremnie długim. Był ich powodem i stwarzaniem. Był ich ojcem.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Święta

swieta.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Wąż

Wąż u Blake jest kimś zupełnie innym, niż prezentowany przez Paula Ricoeura na blogu Lecha Bukowskiego.

Wąż w zdarzeniu pramatki Ewy i praojca Adama jest najważniejszy. On gra główną rolę.
Jest odrębną postacią dramatu, a nie, jak hermeneutyką francuski filozof sugeruje odczytanie sceny kuszenia – jedynie psychologiczną strukturą grzechu u poszkodowanych.

Trudno wierzyć Blake’owi wczytując się i brnąć w jego kosmos, w jego mitologię skomplikowaną i prawdopodobną, a jeszcze trudniej nie wierzyć.

Lecz czy jest to kwestia wiary? Czy jest tu jakieś wyjście?
Wejście w Blake to przecież akceptacja jego reguł, które są samą obietnicą.
Ricouer robi wszystko, by gnostycka wiara w dwóch bogów, dobrego i złego przy „micie adamickim” nie doszła do skutku.
Przywołuje współczesną psychiatrię i tkwiące w człowieku tęsknoty za nieskończonością.
Dualizm jest w nas, a nie na zewnątrz, mówi.

Blake wężem uzmysławia istnienie właśnie zewnętrzności, czegoś, co ludziom winno być nie tylko obce, ale i wstrętne.
Dla Blake jest to nieludzkie.

To nie tylko cywilizacja, technika, rzeczy umożliwiające człowiekowi przejście na skróty bez płacenia kosztów.
To tez obłuda, rzeczy niepotrzebne i utrudniające człowiecze stawanie się. Urząd, alienacja, wygnanie z prapoczątku. To wojna, konflikt, coś równie materialnego jak niematerialność wolności.

Trudno oprzeć się nadziei Blake, który bezgranicznie wierzy w moc człowieczą pokonania węża sztuką, a który przybiera w jego utworach różne formy – od splendoru barw i ułudy, po symbol natury, przeciwieństwa wyobraźni, tworzenia więc iluzji i fantazji.

Sąd Ostateczny to Przezwyciężenie Złej Sztuki i Nauki. Tylko Przedmioty Umysłowe są Rzeczywiste; te, które nazywane są Cielesnymi, Nikt nie wie gdzie się Znajdują: ich miejsce jest Fałszem, a Istnienie Oszustwem. Gdzie jeszcze może być Istnienie poza Umysłem i Myślą? Może jedynie w Mózgu Głupca? Niektórzy ludzie pysznią się, że nie będzie Sądu Ostatecznego i że Zła Sztuka zostanie zaakceptowana i zmieszana z Dobrą, że Błąd albo Eksperyment stanie się częścią Prawdy i stworzy im Fundament; Ludzie ci chwalą się, ale ja nie będę im schlebiał.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

BLOGI III

Jak pamiętamy z Ewangelii, Jezus nie miał gdzie głowy złożyć.
Mimo, że wilcy i lisy miały swoje schronienie, to Syn Człowieczy nie miał.

Rok mija, a ja próbuję bezskutecznie złożyć wirtualną głowę na jakimś internetowym blogu.
Do Nieszuflady już nie zaglądam. Moją słuszną decyzję potwierdził wpis internauty o nicku Gustaw, wklejonym 12 grudnia na kumplach, w związku z nominacją poety Jacka Dehnela do Paszportu Polityki:
Dehnel jest nieszczęściem polskiej literatury. Należy natychmiast przeprowadzić deDehnelizację. Jego kółko różańcowe zlikwidować. Powiesić lizydupa Pado, wszystkich idiotów piszących o tej poezji dobrze rozstrzelać. Wprowadzić stan wyjątkowy. Jole Grosz wysłac na Madagaskar. A Kaczce zabronić słuchania Wagnera, bo przecież taki miły jest dla “Pana Jacka”;)

Blog kumple, najbardziej demokratyczny portal literacki w sieci, zawsze się niestety skłaniał do sprowadzania absurdalnie ględzących od rzeczy – jednak dowcipnie i inteligentnie, gdzie bezsprzecznie tajna jest bezkonkurencyjny – do porządku, czyli reklamowania założycieli i ich działalności, co automatycznie niweczy całe wartościowe przedsięwzięcie.

Inne zbiorowe blogi też żyć swoim towarzyszom nie dają w wolności, dyscyplinując ich bądź za brak aktywności, bądź przeciwnie, za nadaktywność.

Wiadomo, że w społeczności blogowej dogodzić wszystkim nie sposób, szczególnie, że nikomu nie starcza wyobraźni na tyle, by sieć traktować zupełnie po nowemu, a nie powielać choroby życia w Realu.
Szczególnie na blogach osobistych jak na dłoni widać wszelkie powtórzenia życia codziennego: spotkań jednej baby z drugą babą (klachy na klatce schodowej), adoracji (relacja ze spotkania sławnego człowieka), imieniny cioci (pokaz slajdów), dominacji (wyrzucanie nieproszonego gościa) lub salonowe pogaduszki o niczym, czyli small talk.

Właściciele blogów żądają często znajomości ich życiorysów, identycznych gustów i poglądów.
Za zbłądzenie pod strzechy nie swojej paczki grozi w najlepszym razie przemilczenie pracowitego wpisu.

Czytam w Gazecie Wyborczej, że posłowie kilku partii projektują ustawą sejmową znalezienie jednak Chrystusowi nie tylko mieszkania, ale i posady.
Jezus ma być ogłoszony Królem Polski.

Więc jednak Jezus doczeka się swojego miejsca na władającej językiem polskim ziemi!
Tylko ja nie mam w dalszym ciągu gdzie głowy wirtualnej złożyć.

W nocy śnił mi się Pierwszy Sekretarz. Aż strach pomyśleć, czy to dobra, czy zła wróżbna w pierwszy dzień zimy.

Zaszufladkowano do kategorii 2006, dziennik ciała | Dodaj komentarz

O likwidacji partii

W pismach londyńskich, pisanych tuż przed śmiercią, Simone Weil domaga się całkowitej likwidacji wszelkich partii politycznych.

Z pewnością miała na myśli założoną niedawno przez sławną i piękną polską pisarkę Manuelę Gretkowską „Partię kobiet”.
Tak jak prosto i uroczo przedstawia na publikowanych przez GW w videogazecie potrzebę zaistnienia powołanej przez siebie partii, tak też głos Simon Weil sprzed pół wieku jest druzgocący i kategoryczny.

Dwie panie różni jedynie punkt widzenia.
Zdawało by się – pisarkę, rzemieślnika ducha – powinno powodować zamierzenie duchowe, a nie socjologiczne.

Udowadnia tę sprzeczność w krótkim eseju Simone Weil, wypunktowując wszelkie lisie imitacje powodowane działaczami wszelkich na świecie partii.
I tych, działających legalnie i tych, przeciwnych reżimom, w podziemiu.
Nawet, jeśli zaczynają od słusznego sprzeciwu, zawsze przerodzą się w zło.
Tu daje przykład klubu jakobinów, zaczynającego od swobodnych dyskusji, a zakończonego na totalitarnej gilotynie.

Simone Weil bada drobiazgowo, czy partia może zawierać jakieś dobro i badanie wypada niepomyślnie.
Nie może!

Weil wśród licznych przykładów i dowodów wyodrębnia trzy zasadnicze czynniki powodujące zezłośliwienie każdej partii i jej wynaturzenie wbrew początkowym intencjom.

Najważniejsze jest rozdymanie przez partie namiętności zbiorowej, którą każda demokracja powinna neutralizować i okiełzać.
W wypadku totalitarnych zapędów partii rozbuchuje jedynie apetyty, wspierające się wzajemnie i ogrzewające własnym ciepłem jednomyślności i pożądania.
Drugą cechą jest potrzeba wzrostu każdej partii, jej tuczenia, werbowania członków i zwalczania bezwzględnego tych, którzy do partii nie należą.

Trzecią, cechą jest bałwochwalstwo.
Ponieważ cel każdej partii jest niejasny, machina partyjna raz wprowadzona w ruch, zaczyna działać sama dla siebie.
Pretekst dobra publicznego jest czystą fikcją.
Pozostaje jedynie totalitaryzm.

Simone Weil rozszerza temat na inne aktywności publiczne, zawierające tę chorobę, jak koła przyjaciół pism, koterie skupione w grupach, ugrupowania w sztuce (surrealizm i kubizm), frakcje Kościołów.
Dzisiaj miałaby pewnie na myśli blogi internetowe i portale.

Ale wszystko ma swe początki w partiach, od których trąd się zaczyna.

Sprzeczność indywidualnego myślenia wystąpi zawsze i członkowi pozostaje albo konflikt sumienia i tajne myślenie własne, albo przyjęcie myślenia partii.
Obie możliwości, spowodowane jedynie istnieniem partii, niszczą nieodwracalnie duszę.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Rak

W grudniowy wieczór zjechali tu pacjenci kliniki, których przypadki medyczne zdiagnozują najnowszą aparaturę zakupioną przez szpital.

Ta para sześćdziesięciolatków czeka na swoją kolej. Samochód z innego miasta zaparkowali na sąsiedniej ulicy.
Stanowią jedno małżeńskie, monolityczne ciało.
To on jest chory.
On nerwowo, jak na więziennym wybiegu przemierza miarowo korytarz. Jest błyszczącym, czyściutkim, zadbanym ciałem zadowolonym z życia, z piętnem sukcesu nagradzanego każdym fizjologicznie dobrze spełnionym obowiązkiem.

Zanim oswoją się, zanim ta Kobieta Następna w Kolejce, sikająca na czerwono, opowie mi swoją historię, będę mieć jeszcze trochę luzu i przeczytam o demonach w “Słowniku mitologii Mezopotamii”.

Ale Żona chorego już jest samotna, już jej mąż wszedł do pokoju, gdzie rurki nowej generacji wkładane w ciało są mniej bolesne i mniej krwawiące.
– Najgorsze są węglowodany – zaczyna jak zwykle w powietrze, by przerwać drażniący ją widok człowieka czytającego książkę.
Odkładam więc posłusznie i grzecznie zadaję pytania pomocnicze, by small talk mógł się kontynuować.

– Więc uważa pani, że przyczyną chorób jest nieprawidłowe jedzenie?
– Oczywiscie! Przecież tak nie można! Sąsiadka je jabłka i myśli, że jest to bezkarne!

Za cztery dni będę obchodzić imieniny i zawsze moim ulubionym owocem i podstawą życia były jabłka.

– Pani nie je owoców?
– Absolutnie. Jeśli już się skuszę, to najwyżej pół.

– To pani stosuje dietę Kwaśniewskiego? Mój kolega, mój rówieśnik właśnie umarł zeszłego roku na raka. Pamiętam na plenerach jadł golonkę za golonką!

– A, bo to trzeba umieć!
Na początku idealnie tak, jak w książce. Teraz po 10 latach już z mężem nie musimy. Masełko, szyneczka. Jak chce nam się coś słodkiego, upiekę. Serniczek.

Tu następuje dokładna recepta na sernik wraz z wagowymi parametrami.

No i spacerek. Dwie godziny dziennie obowiązkowo.

– To pani nie choruje?

– Ależ skąd! Miałam taki kręgosłup, że nie mogłam chodzić. I wszystko minęło po tej diecie!

– Bez gimnastyki?

– Bez. Tylko dieta.

Mąż wychodzi z gabinetu po ukończonym badaniu, leci do ustępu międzyczasie krygując się i tłumacząc z tej nieprzyzwoitej potrzeby, która opóźni relacje z oglądania na komputerowym ekranie jego wnętrza.

– Dużo wody dają, by widok był lepszy – usprawiedliwia Żona, znająca się na wszystkim na okoliczność choroby męża. Podaje mu płaszcz. Jest z niego dumna.

Zanim Kobieta Następna w Kolejce, sikająca na czerwono, oswoi się i opowie mi swoją historię, zdążę w “Słowniku mitologii Mezopotamii” pooglądać wizerunki demonów i potworów.
Najciekawsze są te łączenia ludzi ze zwierzętami, które zwolennicy diety Kwaśnieskiego z pewnością pożerają: trytony, syreny, centaury, ptaki – ludzie, byki – ludzie. No i geniusze, mający jedynie ptasie skrzydła.
Bo jak napisał Cezary Pavese:

Z siedmiu miejsc, w których Herodot (przy opisie Egiptu) powiada, że jest w rozterce, czy ma wnikać w rzeczy tajemne, w trzech wypadkach chodzi o bogo-zwierzęta, w dwóch o kult falliczny, w innych zaś o samokalectwo oraz o święty iluminizm. Dlaczego Pan przedstawiony jest z głową i nogami kozła, dlaczego świnia – w ciągu pozostałej części roku brudna – składana bywa w ofierze i spożywana podczas świąt ku czci Bachusa, dlaczego zwierzęta w ogóle są święte? W tym miejscu Herodota ogarnia totemiczny przestrach, tak że nie ma odwagi mówić.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Guantanamera

Kobiety na internetowych forach szaleją za Andym Garcia.
Wprawdzie rodowity hawańczyk opuścił ojczyznę mając pięć lat, to stworzył może jedyny w USA film naprawdę kubański.
Nie udało się zilustrować sowieckiej rewolucji Doktorem Żywago, udało się zimitować rewolucję kubańską.

Film zawiera wszystko, za czym zmarły w ubiegłym roku (film też w tym roku wszedł na ekrany) scenarzysta filmu „Hawana, miasto utracone”, dysydent Guillermo Cabrera Infante, tęsknił.
Scenariusz więc przepojony jest muzyką, zmysłowością, idealizmem głównego bohatera, wiedzącego po czyjej stronie jest wolność.

Schemat, rażący banałem wielu recenzentów jest jednak środkiem artystycznym, adekwatnym dla latynoskiej sagi rodzinnej, pełnej wysokich aspiracji kulturowych rodem z Hiszpanii, a więc i radykalnego, zdecydowanego gestu, koloru i uczuć.
Zgrzebność Rewolucji 1959 dokumentują zdjęcia pokazywane w czarnobiałym telewizorze. Są jednoczesnie kontrastem plaż, palm i pięknych kobiet, czyli utratą na rzecz pierwszego.
Gazik wojskowy jadący nieskazitelną plażą, a w nich Che i Fidel to przecież umowność.

Wszystko, co kubańskie, co twórcy, emigranci kubańscy chcą wydobyć i pokazać światu, to proste przesłanie.
Może niemożliwe w świecie polityki, gdzie imperialistyczny postkolonializm rządów kacyka Batisty zamieniony został na sowiecki komunizm Castro. Natomiast możliwy w świecie ducha.
Autorzy filmu nachalnie wznoszą się ponad materialny porządek prawa i państwa. Istotą narodu jest rajskie piękno wyspy wraz z jej mieszkańcami, z murzyńskim rytmem starszym od tymczasowości ziemskiego porządku.

Nie na darmo reżyser i odtwórca głównej roli, Andy Garcia, jest w filmie tancerzem i skutecznie tworzy profesjonalne kluby taneczne.

Wiadomo, że śmierć Fidela Castro nie rozwiąże problemu wyspy, gdzie wyhodowano już upiory i demony.
Ale film zwraca uwagę na istotę miejsca na ziemi, wyjątkowo obdarzonego boskim imperatywem stwórczym, gdzie wciąż żyją jeszcze niezniszczalne jego pierwiastki.
I nie na darmo na szalę wartości autorzy filmu rzucili wszystko, co na Kubie piękne, uduchowione.
Kończą film strofy sławnego wiersza, gdzie wielki modernista kubański, Jose Marti, podobie jak Cabrera skazany na banicję wraca geniuszem poety do miejsca, które ofiarowało mu dajmoniona i uaktywniło w nim poezję.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Spacer do kresu

Noc jest osobna. Wilgoć ulic lustrem spisuje kroki. Idę
w przestrzeni wolnej od mierzenia. Realny ból jest i olśnienie
błyskiem sztuczności rozpryśniętej na iskry złota w śliskiej tafli
wody, asfaltu, nieba, okien. Latarnie spiskujące w mafii
pajęczych motań i powiązań łudzą wspólnotą. Jestem alien.
Jestem bez światła. Bez nasycania twojego myślenia wstydem.

Na placu, gdzie przeciągi miasta wzruszają drzew bezlistnych szkielet
tłum stoi. Czyta tablice porządkowe. Czyta rocznicę.
Czyta życiorys swój i jeszcze co się zdarzyło i co będzie.
Jestem nieszczęściem nocy szaleństw. Jestem wypadkiem wszelkim wszędzie
tam, gdzie być nie chcę. Noc wciąż rozwarstwia szlak podróży. Kresu ulicę
ogarniam pchana twoim nieobyciem. Twoją ciszą. Dźwięk to szelest

jedynie. Tramwaj nocny zmienia na moście bieg i skręca w lewo.
A rzeka pisze powtórzenie. Zamek i most, i girland przęsła,
i ta kobieta, która czeka. Uśmiecha się, gdy mijam blisko.
To powtórzenie w czarnej tafli zlewa się z niebem. Już tak blisko
na wyciągnięcie dłoni. Na rozerwanie ściany. Na zwycięstwo
nad uwięzieniem. Więc cię widzę? Kształt ciemny tylko. Tylko drzewo

majaczy w pustce. Stąd się cofam i wracam w rynek Kazimierza.
Muzyka zrosi studnię wtrąceń w stan tłumnej zewsząd izolacji:
kawiarnie skwierczą świeczek drganiem w rytm oddychania słów rozmowy.
Ich głowy pochylone żarzą się jeszcze śmiechem dzwoneczkowym
i błogi stan jak uniesienia dłoni w przyjaznym geście racji,
że może jesteś w nich. Spacer jest kołem krat z dziedzińca więzienia.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz