Dziennik niemiecki (1)

15 października 2014, środa. Niebo się nagle rozjaśniło i przestało padać, gdy wjechaliśmy z powrotem na autostradę. GPS kazał nam kluczyć po zaniedbanych drogach, pełnych kałuż i błota, nim wydostaliśmy się z Görlitz. Właśnie tam przed chwilą pożegnaliśmy Małgosię, oddającą nam całe dzisiejsze przedpołudnie na ekspresowe zwiedzanie Worka Turoszowskiego, Zgorzelca i Görlitz.
Wsiadając do jej samochodu i słuchając opowieści o rujnującej Bogatynię powodzi oddałam się wspomnieniom z dzieciństwa, ale niczego nie odnalazłam.
Stanęliśmy przy drodze kontemplując widok kotliny pokrytej Elektrownią Turów, spowitą w białe dymy. Małgosia ruszyła samochodem dalej w dół, minęliśmy wejście do Kopalni Turów, w dali majaczyły koparki jak ogromne, czarne owady. Mijaliśmy pordzewiałe taśmociągi przerzucone przez szosę, może któryś z nich dostarczał węgiel brunatny do niemieckiej elektrowni Hirschfelde, która w czasie budowy polskiej elektrociepłowni dostarczała do polskiej sieci prąd w zamian za węgiel brunatny. Nowo wyznaczoną granicą Stalin odciął ją od węgla.
Postanowiliśmy nie jechać już dalej, poniemiecki pensjonat uzdrowiskowy w Opolnie, gdzie mieszkaliśmy będąc u ojca na wakacjach w latach pięćdziesiątych, jak i wszystkie okoliczne wsie, zamienione na odkrywkową kopalnię, już nie istnieją. Małgosia wróciła do Zgorzelca pokazać nam pozostałości żołnierzy II Armii Wojska Polskiego, podobno całkiem niepotrzebnej rzezi z wiosny 1945 roku za sprawą między innymi pijanego generała.
Cmentarz rozciąga się po horyzont, groby z betonowymi krzyżami stoją ciasno w żołnierskim szyku, tak, by upchać na placu cztery tysiące ekshumowanych trupów mężczyzn w kwiecie wieku oddających życie na samym końcu wojny.
Nie dość tego, Małgosia wiezie nas jeszcze do miejsca, gdzie był do momentu rozpoczęcia pochodu śmierci stalag, podobóz Gross-Rosen. Zwożono tu z całej Europy niewolników do pracy i trzymano w koszmarnych warunkach. Drewnianych baraków już nie ma, jest teraz plac budowy, powstają tu jakieś nowe budowle, koparki i betoniarki pracują. Uciekamy szybko do Zgorzelca, by stanąć na moście Nysy Łużyckiej łączący polski Zgorzelec z niemieckim Görlitz i przekroczyć granice dwóch państw. Z ulicy Wrocławskiej w Zgorzelcu widać już bryłę Peterskirche stojącą na wysokim podmurowaniu z piaskowca z uwagi na zalewającą go przez wieki Nysę. Wspinamy się uliczkami z zabytkowymi kamieniczkami renesansowymi, barokowymi, pięknie odrestaurowanymi i nie tkniętymi działaniami wojennymi ostatniej wojny. Napoleon podobno stacjonował tu aż osiem razy pojawiając się w balkonie jednej z kamienic. Na tym samym balkonie stał też Goebbels. Jeszcze wcześniej szył tu buty Jakub Böhme i umiłował filozofię tak bardzo jak szewcy z dramatu Witkacego. Ale nie idziemy już na cmentarz by odwiedzić grób mistyka. Wspinamy się do ratusza z amboną z piaskowca skąd zapewne niczym w loży oglądano palenie czarownic na Rynku.
Wracamy na most, kontemplując głupią Historię, Nysę, wiele krwi, martwych ciał i ludzkiego cierpienia.
Małgosia postawiła nam kawę w zgorzeleckiej kawiarni i ruszyliśmy na Berlin.

Przed Berlinem w szczerym polu widać czubek dachu białego hangaru zbudowanego dla sterowca na hel zaadaptowanego najwspanialej, jak to tylko możliwe w wypadku takich obiektów. Mieści się tam park zabaw i rozrywki „Tropical Islands”. Na lotnisku wojskowym zbudowanym przez Luftwaffe, potem przejętym przez Armię Czerwoną do momentu zjednoczenia, posadzono lasy tropikalne, zbudowano świątynie malajskie z ich bogami, przywieziono zwierzęta i ptaki łącząc przy dzisiejszych możliwościach technologicznych wszystko ze wszystkim: styl życia rzymskiego patrycjatu z gminną potrzebą proletariusza.
Przejeżdżając marzyliśmy, pamiętając nasz niedawny pobyt w Aqua Parku Rudy Śląskiej, gdzie pojechaliśmy, jak nasz stały basen był nieczynny, by zboczyć troszeczkę z trasy i przespać się tam na karimatce na plaży, a nazajutrz kontynuować zdobywanie Berlina. Ale mieliśmy już przez syna opłacony hotel.

Młoda recepcjonistka spytała nas po angielsku, czy po raz pierwszy w Berlinie.
– Tak – skwapliwie przytaknęliśmy dodając, że w zjednoczonym po raz pierwszy. Nadmieniłam jeszcze, że przyjechałam tylko po to, by przed śmiercią przejść na drugą stronę Bramy Brandenburskiej. Uśmiechnęła się grzecznie z lekkim przestrachem w oczach i dodała, że w takim razie da nam najpiękniejszy pokój.
Wyglądała ładnie na tle gigantycznej wlepki na ścianie recepcji przedstawiającej panoramę Berlina. Szablon w kilku miejscach puścił, tworząc z czarnej farby olejnej charakterystyczne zacieki.
Mimo klawej, siermiężnej scenografii w stylu późnego punka, hol naprzeciw recepcji był przyjemny. Ocieplały go miękkie fotele z niklowanymi stolikami, dyskretnym oświetleniem, szemrzącą muzyką i włączonym ekranem telewizora na całą ścianę. Hotelowi goście odpoczywali, rozmawiali lub jedli w relaksującej ich, przytulnej atmosferze dobrze zaprojektowanego wnętrza. W głębi kelner w nienagannym stroju obsługiwał bogato zastawiony bar.
Wsiedliśmy do nowoczesnej windy wbudowanej w budynek z 1912 wzniesiony na potrzeby Powszechnego Ubezpieczenia Medycznego. Ten „nowoczesny budynek z piaskowca” w nieistniejącej już dzielnicy Luisenstädtische w 1922 mieścił żydowską firmę „Preparaty chemiczne F. Reichelt AG dawniej Contor”
Kopenickerstrasse 80-82. W 1933 roku była tu Restauracja Hermann Jäger Berlin-Friedrichshain.
Budynek w końcu wykupiła hiszpańska korporacja hotelarska HUSA adaptując z powodzeniem go na hotel.
Pokoje dźwiękoszczelne, łóżka typu king-size, ściany idealnie białe, zasłony szare, koce czarne, poduszki szare, białe i czarne. Reszta absolutnie biała. Żyć, nie umierać. Graficiarze przyozdobili większość pięter na betonowych ścianach wokół drzwi pokojów i wokół wind. Jeszcze w korytarzach niepokojąco puste przestrzenie, najprawdopodobniej ich twórczość trwa nadal. Kręte schody, żeliwne poręcze pomalowano na ceglany kolor ostrej czerwieni. Pozostawiono u sufitów ciąg rur dziewiętnastowiecznych, pewnie wtedy supernowoczesnych udogodnień dla świeżo zbudowanego budynku.

Idziemy nad Szprewę. Do słynnego Schillingbrücke dochodzimy w piętnaście minut. Powoli się ściemnia i zapalają się światła nocnego miasta. Most jest dostojny, z ozdobami, zabytkowy. Nie został zerwany w czasie działań wojennych. W 1960 uciekali nim ludzie na zachodnią stronę tonąc ugodzeni karabinową kulą w nurtach Szprewy. Wynikłoby z tego, że mur postawiono po to, by ocalić życie nierozsądnym śmiałkom.
I jest mur! 1316 metrów ogląda się jak nie kończący się, ironiczny komentarz do Historii, która zawsze i nieodmiennie jest głupia.
The East Side Gallery w odróżnieniu od graficiarzy, którzy chcą zaistnieć na niej smarując sprayem po pięknym malarstwie ściennym, jest spójnym projektem ponad 100 malarzy z całego świata. Poprzez wielość stylów, konwencji, osobowości artystycznych, wstęga tragikomicznego patchworku ciągnie się wzdłuż Szprewy przerywana od czasu do czasu wolnymi przestrzeniami, dzięki czemu traci pierwotną funkcję więzienia. Podobno wybuchają co i rusz konflikty z władzami miasta wydającego zgodę na budowę nowych obiektów na terenach odcinków muru, które powinny runąć.
I tak mur raz jest niechciany, to znowu chciany.
Starcza nam jeszcze siły, by pójść ulicą cara Aleksandra I na jego plac. Alexanderplatz tętni życiem. Między rykszami, rowerami i sprzedawcami kiełbasek niosącymi grill przypięty do pasa odnajdujemy Uranię-Weltzeituhr, zegar, pamiętający czasy, gdy Marek był tu z Kucharskim. Marek pojechał autostopem z Kucharskim na pierwszym roku studiów do NRD i na granicy potraktowano ich z obrzydzeniem, jako jednoznacznych pedałów. Marek czarnowłosy, Kucharski nieskazitelny blondyn, mścili się za te upokorzenia właśnie na Alexanderplatz wchodząc do fontanny Neptunbrunnen i siadając na ogromne, nagie kobiety symbolizujące rzeki.
Wchodzimy do holu Fernsehturm, tłum młodzieży nie kończących się wycieczek szkolnych czeka na swoją kolej wysiadując na schodach przed wejściem, lub stojąc posłusznie w kolejce.
Nigdy nie chciałam wejść tam mimo, że przypomniała moją ulubioną wieżę w Seattle, zbudowaną w podobnych latach i w podobnej konwencji architektury lat sześćdziesiątych. Ale obracająca się podniebna kula rzucała na czarne już niebo kosmiczne smugi światła, cały plac ożywiając i budząc do życia.
Przeszliśmy do Szprewy uliczkami pełnymi knajpek. Ludzie mimo jesiennej pory jedli i pili na zewnątrz przy stolikach owinięci w jednakowe pledy i koce. Czasami na mokre chodniki pełne spadających liści spadały też kolorowe punkciki laserowych światełek z kawiarń, co dawało łudzący efekt rozsypanej po ulicy biżuterii. Wszystkie ryksze, konne powozy z siedzącymi w nich damami z maleńkimi pieskami, rowery i najróżniejsze turystyczne pojazdy oklejone laserowymi lampami współgrały ze sobą dopełniając się oświetleniem, mrugając i migając. Pokaźna grupa bardzo leciwych staruszków rozmawiająca po francusku właśnie schodząca po schodach do stojącego statku uzmysłowiła nam, że nie jest jeszcze tak późno. Najkrótszy rejs po Szprewie trwa 2 godzinny. Festiwal statków świetlnych oświetlających metropolię z wody reflektorami pokładowymi trwa nieustannie, rzęsiście oświetlone z jedzącymi na pokładzie pasażerami uzmysławia, że Berlin bawi się jak każda stolica świata dzisiaj i cieszy się ze swobody poruszania po całym mieście.

A jednak DDR, nie istniejąca bez ZSRR podskórnie istnieje nawet, gdy już tych państw nie ma.
Dwa państwa niemieckie zostały przyjęte do ONZ w tym samym dniu w 1973 roku. Gdzie się podział niemal trzydziestoletni strach – ostatni niedoszły uciekinier zginął od kuli strażnika w 1989 roku na kilka miesięcy przez zburzeniem muru – nieustanna inwigilacja Stasi, poczucie gorszości podbitego państwa?
Chodzimy nocą po kipiącym życiem Berlinie pamiętając, że miasta NRD o tej porze były zawsze wyludnione i martwe. Ale nie przekroczyliśmy jeszcze granicy Muru Berlińskiego, nawet jak go już nie ma. Kręcimy się w dalszym ciągu po byłym NRD, wracamy do domu, w którym właściwie nie wiadomo, co się mieściło za rządów Honeckera, nim hiszpańska korporacja zaadaptowała go na hotel.
Zacieranie śladów najnowszej historii jest widoczne na każdym kroku. Nawet w DDR-Museum przy Karl-Liebknecht-Straße – skarbnicy wszystkich artykułów codziennego użytku dostępnych w ich ówczesnych sklepach, a o których przeciętny Polak mógł tylko pomarzyć.
A jednak jest coś bolesnego w tym mieście, przynajmniej dla mnie, jakże szczęśliwej, że zaraz wejdę pod prysznic i zanurzę się w śnieżnobiałej pościeli z muślinowego tworzywa, którego nigdy jeszcze nie dotykałam i będę spała w gigantycznym łóżku, w jakim sypiali tylko dyplomaci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *